Przejdź do treści

Ręka śmierci. Kiedy lekarze naprawdę wierzyli, że masturbacja zabija

Jeszcze sto lat temu można było trafić do gabinetu lekarskiego z bezsennością, lękiem albo chronicznym zmęczeniem — i usłyszeć, że winna jest masturbacja. Brzmi absurdalnie? A jednak przez niemal dwa stulecia była ona uznawana za poważne zagrożenie zdrowotne, prowadzące rzekomo do wyniszczenia organizmu, obłędu, a nawet śmierci. Co gorsza, nie była to opinia kaznodziejów, lecz pogląd obecny w podręcznikach medycyny, wykładany studentom i stosowany w praktyce klinicznej… aż do XX wieku.
  • Symboliczna ilustracja. Od drugiej połowy XVIII wieku aż po początek XX wieku masturbację uznawano w medycynie za przyczynę chorób i wyniszczenia organizmu.
    Caption
    Symboliczna ilustracja. Od drugiej połowy XVIII wieku aż po początek XX wieku masturbację uznawano w medycynie za przyczynę chorób i wyniszczenia organizmu.

Mówimy o okresie od około 1760 roku aż po pierwsze dekady XX wieku. To jedna z najbardziej niewygodnych kart historii nauki: czas, gdy medycyna stworzyła chorobę z normalnego ludzkiego zachowania. Masturbację obarczano winą za depresję, epilepsję, „degenerację nerwową” i rozpad osobowości. Rodziców straszono, dzieci „leczono”, a dorosłych zawstydzano. Ta historia nie mówi jednak tylko o seksie. Mówi o tym, jak łatwo nauka potrafi pomylić brak wiedzy z pewnością — i jak długo potrafi trwać zbiorowa pomyłka.

Głupota, która dotrwała do XX wieku

Warto to powiedzieć jasno już na początku: nie był to krótkotrwały epizod XVIII wieku.

Pogląd, że masturbacja prowadzi do ciężkich chorób, funkcjonował w zachodniej medycynie od drugiej połowy XVIII wieku, osiągnął pełnię wpływu w XIX stuleciu i dopiero na przełomie XIX i XX wieku zaczął być systematycznie podważany. Jeszcze w pierwszych dekadach XX wieku można znaleźć poradniki zdrowotne i publikacje lekarskie, które ostrzegały przed „samogwałtem” jako źródłem wyniszczenia organizmu.

To oznacza, że przez blisko 150 lat całe pokolenia pacjentów żyły w przekonaniu, że niszczą sobie zdrowie, wykonując czynność uznawaną dziś za normalny element rozwoju psychoseksualnego.

Od traktatu do dogmatu

Za moment przełomowy uznaje się publikacje szwajcarskiego lekarza Samuel‑Auguste Tissot, autora słynnego traktatu L’Onanisme z 1760 roku.

Tissot twierdził, że „utrata nasienia” osłabia organizm, prowadzi do zaburzeń nerwowych, melancholii, ślepoty, padaczki i przedwczesnej śmierci. Dziś brzmi to jak pseudonauka, ale w XVIII wieku książka była bestsellerem medycznym w Europie. Trafiała do bibliotek uniwersyteckich, była tłumaczona i cytowana w kolejnych podręcznikach.

W ten sposób masturbacja przestała być tylko „niemoralnym nawykiem”. Stała się oficjalną diagnozą.

Gorset zapobiegający onanizmowi - 1815 rok
Gorset zapobiegający onanizmowi - 1815 rok

XIX wiek: gdy lekarze zaczęli leczyć „nałóg”

W XIX wieku teoria Tissota została rozwinięta i wchłonięta przez rodzącą się psychiatrię oraz medycynę „nerwową”. W Anglii jednym z najbardziej wpływowych autorów był William Acton, którego książki o funkcjach narządów płciowych miały liczne wznowienia i były traktowane jak poważne opracowania kliniczne.

To wtedy pojawiło się pojęcie „spermatorrhei” — rzekomej choroby polegającej na wyniszczających stratach nasienia. Z nią łączono zmęczenie, apatię, stany lękowe, a nawet „idiotyzm”. Masturbacja idealnie pasowała do tej narracji: była ukryta, wstydliwa i dawała się obwinić o wszystko, czego lekarze nie potrafili jeszcze wyjaśnić.

Jeśli młody pacjent chudł, nie spał, miał wahania nastroju albo problemy z koncentracją, pytanie o „onanię” było czymś oczywistym.

Terapie, które dziś nazwalibyśmy przemocą

Z dzisiejszej perspektywy najbardziej wstrząsające są metody „leczenia”.

Stosowano mechaniczne blokady uniemożliwiające dotykanie genitaliów, krępowano ręce dzieci w nocy, zalecano lodowate kąpiele i diety mające „wygasić popęd”. W skrajnych przypadkach sięgano po zabiegi chirurgiczne, przedstawiane jako profilaktyka.

Jedną z najbardziej znanych postaci propagujących takie podejście był amerykański lekarz John Harvey Kellogg, autor poradników zdrowotnych z końca XIX wieku. Ten sam człowiek, który stworzył płatki kukurydziane, pisał wprost, że masturbacja prowadzi do obłędu i przedwczesnej śmierci, a jej „zapobieganie” uznawał za element higieny publicznej.

Nie były to marginalne broszury. Były to książki sprzedawane rodzicom i nauczycielom jako nowoczesna wiedza medyczna.

Dlaczego medycyna tak bardzo się myliła?

Problem nie polegał na złej woli. Lekarze nie znali jeszcze hormonów, neurobiologii ani mechanizmów chorób psychicznych. Seksualność postrzegano przez pryzmat „energii życiowej”, którą można było rzekomo zużyć. Gdy pojawiały się objawy depresji, lęku czy psychozy, łatwo było uznać je za efekt „rozpusty”.

Dodatkowo medycyna XIX wieku była silnie przesiąknięta moralnością epoki. Choroba często bywała interpretowana jako kara za „niewłaściwe zachowanie”. Masturbacja stała się idealnym kozłem ofiarnym.

To klasyczny przykład samospełniającej się przepowiedni: młodzi ludzie, straszeni od dzieciństwa śmiercią i obłędem, faktycznie popadali w lęk, bezsenność i poczucie winy — co lekarze uznawali za potwierdzenie diagnozy.

Koniec mitu – i początek nowej narracji

Na przełomie XIX i XX wieku medycyna zaczęła powoli wycofywać się z tezy, że masturbacja prowadzi do fizycznej degeneracji, obłędu czy śmierci. Rozwój neurologii, psychiatrii i rodzącej się seksuologii stopniowo podważał wcześniejsze „dowody”. Nie było jednego przełomowego odkrycia — raczej ciche, systematyczne gromadzenie danych klinicznych, które pokazały, że masturbacja nie powoduje chorób somatycznych ani psychicznych.

W pierwszej połowie XX wieku pogląd o jej „śmiertelnej szkodliwości” zaczął znikać z poważnej literatury medycznej. Problem jednak nie zniknął z kultury.

Gdy autorytet lekarza słabł, jego miejsce coraz częściej zajmował autorytet moralny. To, co wcześniej opisywano językiem „wyniszczenia nerwów” i „utraty sił życiowych”, zaczęto przedstawiać jako grzech, skażenie duszy i zagrożenie duchowe — szczególnie w nauczaniu katechetycznym i poradnikach religijnych XX wieku, m.in. w obrębie Kościoła katolickiego.

W praktyce oznaczało to, że choć medycyna powoli korygowała swoje błędy, strach pozostał — zmienił jedynie język. Nie była to już „choroba prowadząca do śmierci”, lecz „czyn prowadzący do potępienia”. Mechanizm jednak pozostał ten sam: zawstydzenie, poczucie winy i kontrola zachowania.

Gdy choroba zniknęła, został grzech

Choć współczesna medycyna nie uznaje masturbacji za zagrożenie zdrowotne, w wielu systemach religijnych pozostała ona moralnie potępiana. W nauczaniu Kościół katolicki do dziś klasyfikowana jest jako grzech, ponieważ – zgodnie z doktryną – akt seksualny powinien być związany z małżeństwem i otwartością na prokreację.

To istotne kulturowo: gdy zniknęła narracja o „wyniszczeniu organizmu”, pojawiła się narracja o „skażeniu duchowym”. 

Zmienił się język, ale rdzeń pozostał ten sam.

Tam, gdzie wcześniej straszono obłędem i śmiercią, później zaczęto mówić o winie, nieczystości i zagrożeniu zbawienia. W obu przypadkach mechanizm był podobny: wywołanie lęku i poczucia winy wobec naturalnych impulsów.

Dlatego dla wielu ludzi XX i XXI wieku doświadczenie wstydu związanego z seksualnością nie pochodzi już z gabinetu lekarskiego – lecz z katechezy.

Co z tej historii zostało?

Został wstyd. Został lęk. I zostało milczące przekonanie, że z własnym ciałem „coś jest nie tak”. Najbardziej trwałym skutkiem tej zmiany nie była jednak sama doktryna, lecz to, jak wcześnie zaczęła działać — często już w dzieciństwie.

Dzisiejsze poczucie wstydu wokół seksualności rzadko bierze się już z gabinetu lekarskiego. Znacznie częściej jest echem dawnych narracji, które po prostu zmieniły swoje opakowanie — i nadal żyją w kulturze.

To historia, która pokazuje, jak łatwo kolejne autorytety — najpierw naukowe, potem moralne — potrafiły stworzyć trwałe poczucie winy wokół czegoś, co jest naturalne. I właśnie dlatego ta historia nie jest tylko ciekawostką z przeszłości — jej echo wciąż żyje w ludzkich ciałach i umysłach.

FAQ – najczęstsze pytania

Czy masturbacja rzeczywiście była kiedyś uznawana za chorobę?

Tak. Od drugiej połowy XVIII wieku aż do początku XX wieku wielu lekarzy traktowało ją jako przyczynę „wyniszczenia nerwowego”, obłędu i przedwczesnej śmierci. Pogląd ten funkcjonował w podręcznikach medycyny i poradnikach zdrowotnych przez blisko 150 lat.

Kiedy medycyna oficjalnie się z tego wycofała?

Nie było jednego momentu przełomu. Na przełomie XIX i XX wieku, wraz z rozwojem neurologii, psychiatrii i seksuologii, zaczęto systematycznie podważać wcześniejsze teorie. W pierwszej połowie XX wieku masturbacja przestała być uznawana za zagrożenie zdrowotne w medycynie głównego nurtu.

Dlaczego mimo to wstyd i lęk przetrwały?

Bo narracja zmieniła tylko formę. Gdy zniknęła „choroba ciała”, pojawiła się „wina moralna”. Strach przeniósł się z gabinetów lekarskich do wychowania i religii, a później został zinternalizowany — wielu ludzi nosi go w sobie do dziś.

Czy współczesna nauka uznaje masturbację za szkodliwą?

Nie. Aktualna wiedza medyczna nie potwierdza, by masturbacja powodowała choroby somatyczne lub psychiczne. Jest traktowana jako normalna część ludzkiej seksualności.

Bibliografia (źródła historyczne i naukowe)

  1. Samuel-Auguste Tissot, L’Onanisme. Dissertation sur les maladies produites par la masturbation, 1760.
  2. Samuel-Auguste Tissot, Onanism; or, A Treatise upon the Disorders Produced by Masturbation, wydania angielskie XIX w.
  3. William Acton, The Functions and Disorders of the Reproductive Organs, kolejne wydania od 1857.
  4. John Harvey Kellogg, Plain Facts for Old and Young, Battle Creek, koniec XIX w.
  5. E. H. Hare, “Masturbatory Insanity: The History of an Idea”, Journal of Mental Science, 1962.
  6. G. Hart, “Sexual behaviour and its medicalisation: in sickness and in health”, British Medical Journal, 2002.