Ratowano ich lewatywą z dymu tytoniowego. Mało znana metoda XVIII wieku
To jedna z tych historii, które brzmią jak mem, a są prawdą. W XVIII wieku w Europie — szczególnie w Anglii i Niderlandach — próbowano ratować topielców w sposób, który dziś wywołuje konsternację: wtłaczano do odbytu dym tytoniowy przy użyciu fajki albo specjalnych miechów.
Dlaczego ktoś wpadł na taki pomysł? I co ta dziwna praktyka mówi o czasach, w których zaczęto wierzyć, że „pozornie zmarłego” da się jeszcze przywrócić do życia?
Topielec w mieście kanałów i rzek
W XVIII wieku utonięcia były codziennością w dużych miastach Europy. Kanały w Niderlandach, porty, doki, rzeki i nabrzeża w Londynie — to nie były miejsca rekreacji. To była infrastruktura miasta, obok której mieszkało się i pracowało. W dodatku pływanie nie było powszechną umiejętnością, a ciężkie ubrania, alkohol i brak oświetlenia robiły swoje.
W takim świecie pojawia się pojęcie, które dziś brzmi staroświecko, ale wtedy było kluczowe: „pozorna śmierć”. Człowiek wyciągnięty z wody mógł wyglądać na martwego — bez oddechu, zimny, siny — a mimo to istniała szansa, że organizm da się pobudzić. To przekonanie stało się paliwem dla rodzącej się idei ratownictwa.
Skąd wziął się pomysł na dym tytoniowy?
Tytoń w Europie długo funkcjonował jako „lek” — stymulant i środek „rozgrzewający”. Do tego dochodziła ówczesna logika medyczna: jeśli ciało po tonięciu jest zimne, trzeba je ogrzać; jeśli „życie” przygasło, trzeba je pobudzić bodźcem.
Dlaczego akurat drogą… odbytniczą? W praktyce decydowały trzy przekonania epoki: że jelita i „wnętrzności” są szczególnie wrażliwe na bodźce i mogą „obudzić” organizm, że dym i ciepło mogą działać jak stymulator, oraz że u topielca najważniejsze jest szybkie dostarczenie silnego impulsu — zanim „iskra życia” zgaśnie całkiem.
Brzmi naiwnie? Owszem. Ale to była medycyna w czasie, gdy nie znano mechanizmów niedotlenienia mózgu, nie istniała koncepcja skutecznej wentylacji w dzisiejszym rozumieniu, a ratownictwo dopiero uczyło się, że liczy się czas.
Jak to wyglądało naprawdę — od fajki do „zestawów ratunkowych”
Na początku metoda bywała brutalnie prosta: wykorzystywano zwykłą fajkę. Jej ustnik lub rurkę przykładano tak, by wprowadzić dym do odbytnicy i… dmuchano. Szybko jednak zauważono ryzyko poparzeń i przypadkowych urazów. Dlatego zaczęto konstruować urządzenia: miechy, rurki i zawory, które miały podawać dym „bezpieczniej” i skuteczniej.
W Londynie sprawa poszła jeszcze dalej. Powstała instytucja, która miała propagować ratowanie osób „pozornie martwych” — najpierw jako The Institution for affording immediate Relief to Persons apparently dead, from drowning (1774), później znana jako Royal Humane Society. Organizacja popularyzowała metody pierwszej pomocy, nagradzała skuteczne akcje i — co dziś brzmi niemal nieprawdopodobnie — wspierała rozlokowanie zestawów do resuscytacji w okolicach nabrzeży. Wśród zaleceń i sprzętów znajdowały się również urządzenia do podawania dymu tytoniowego, oczywiście... doodbytniczo.
To jest ważny punkt: dymny „wlew” nie był marginalną fanaberią jednego ekscentrycznego lekarza. W pewnym momencie stał się elementem oficjalnie promowanej praktyki ratunkowej.
Czy to w ogóle mogło działać?
Z perspektywy współczesnej medycyny — nie tak, jak wyobrażali to sobie wtedy. Utonięcie to przede wszystkim problem oddechu i wymiany gazowej, a potem kaskady niedotlenienia. Dym w jelicie nie przywróci płuc do pracy i nie „wprowadzi” tlenu do krwiobiegu.
Skąd więc przekonanie o skuteczności? Najpewniej z mieszaniny przypadków, złudzeń i realnych, ale błędnie interpretowanych obserwacji. Czasem osoba wyciągnięta z wody mogła nie być „martwa”, tylko w głębokiej niewydolności oddechowej, hipotermii czy w stanie utraty przytomności — i mogła odzyskać funkcje życiowe przy równoległym ogrzewaniu, osuszaniu, masażu, stymulacji, a nawet zwykłym upływie czasu. Jeśli w takim momencie wykonywano dymną lewatywę, łatwo było przypisać jej sukces.
Jednocześnie trzeba powiedzieć wprost: nikotyna jest toksyczna, a próby „pobudzania” organizmu dymem tytoniowym mogły szkodzić. W XIX wieku, wraz z rozwojem wiedzy i krytyką tej metody (w tym eksperymentami wskazującymi na jej szkodliwość), praktyka zaczęła znikać. Z czasem ratownictwo przestawiało się na metody, które prowadzą wprost do współczesnego RKO: udrażnianie dróg oddechowych, wentylację, uciski klatki piersiowej i systemowe szkolenia.
Co ta historia mówi o narodzinach ratownictwa?
Najciekawsze w tej opowieści nie jest samo „dziwactwo” zabiegu, tylko to, że był elementem większej zmiany mentalnej. Wcześniej człowiek wyciągnięty z wody bez oznak życia bywał traktowany jak przypadek beznadziejny. XVIII wiek przyniósł rosnącą wiarę, że śmierć nie zawsze jest natychmiastowa, a „pozorna śmierć” bywa odwracalna.
Humane societies i podobne inicjatywy robiły coś, co dziś uznalibyśmy za fundament zdrowia publicznego: tworzyły instrukcje, promowały szybkie działanie i oswajały ludzi z myślą, że warto dotykać, ogrzewać, masować i próbować — nawet jeśli ofiara wygląda na „straconą”. Owszem, część zaleceń była błędna (dym tytoniowy jest tu symbolem epoki), ale sama idea, że ratowanie ma sens, okazała się przełomowa.
Dlaczego ten temat wciąż nas fascynuje?
Bo to historia o tym, jak bardzo zmienia się nauka — i jak łatwo oceniać przeszłość z wygodnej perspektywy. Dla ludzi XVIII wieku „dym tytoniowy” był czymś, co kojarzyło się z ciepłem, pobudzeniem, „oddechem”, a nawet medycyną. Dziś wiemy, że to ślepa uliczka. Ale jednocześnie bez tamtej odwagi eksperymentowania, bez organizacji, które uczyły społeczeństwo reagować, i bez przekonania, że „pozornie martwy” może przeżyć, nowoczesne ratownictwo mogłoby rozwijać się znacznie wolniej.
W tym sensie lewatywa z dymu tytoniowego jest nie tylko kuriozum. Jest też pamiątką po czasach, gdy zaczęto na serio walczyć o człowieka wyciągniętego z wody — zanim medycyna zrozumiała, jak robić to skutecznie.
Bibliografia
- Lawrence, G. “Tobacco smoke enemas.” The Lancet, 2002.
- Bamji, A. “Blowing Smoke Up Your Arse: Drowning, Resuscitation …” Journal of Medical Biography, 2020 (rekord w PubMed).
- British Columbia Medical Journal (BCMJ), dział “Special feature”: “Tobacco smoke enemas”, ok. 2018.
- Science Museum (UK), blog kuratorski: “Saving lives with a puff of smoke?” 2019.
- Sternbach, G. L. “The humane societies.” Resuscitation, 2000.
- Wood Library-Museum of Anesthesiology: opis eksponatu “Tobacco Resuscitator”
- Royal College of Physicians – History blog: “Physicians and the Royal Humane Society”