Przejdź do treści

Chronowizor z Watykanu – prawda, fałsz i fakty. Co naprawdę wiemy o rzekomej maszynie czasu

Są historie, które nie umierają, bo dotykają zakazanego marzenia: „zobaczyć, jak było naprawdę”. Bez interpretacji. Bez domysłów. Jedno urządzenie, jeden ekran i przeszłość jak transmisja na żywo. Właśnie tak – w skrócie – opowiadano o chronowizorze: maszynie, która miała pozwalać oglądać sceny sprzed tysięcy lat. Brzmi jak fantastyka? A jednak ta opowieść ma konkretną datę narodzin, konkretne nazwiska.
  • Watykański chronowizor
    Caption
    Watykański chronowizor

Włoski zakonnik, tajemnicze urządzenie i możliwość podglądania przeszłości – ta historia od ponad połowy wieku rozpala wyobraźnię ludzi na całym świecie. Chronowizor miał pozwalać zobaczyć wydarzenia sprzed tysięcy lat, a nawet sceny o znaczeniu religijnym. Jak narodziła się ta opowieść i dlaczego do dziś powraca w książkach i filmach?

2 maja 1972

Chronowizor nie narodził się w Internecie, tylko na papierze. Dokładnie 2 maja 1972 roku włoski magazyn „La Domenica del Corriere” (nr 18) opublikował materiał zatytułowany „Inventata la macchina che fotografa il passato” – czterostronicową historię, która na długie lata ustawiła ramę całej opowieści. To w tym tekście czytelnik dostał obietnicę technologii zdolnej rejestrować obrazy i dźwięki z przeszłości, a także nazwisko benedyktyna, który miał stać za „przełomem”: ojca Pellegrino Ernettiego. W wersji „klasycznej”, którą przez lata czytano jak watykańską sensację, chronowizor urósł do rangi wehikułu czasu. 

Jest jednak pewien detal, o którym wiele wersji legendy milczy, bo psuje dramaturgię: według analizy sceptyków z włoskiego środowiska popularyzującego naukę, impuls do publikacji miał wyjść od anonimowego „Signor X”, który przekazał redakcji fotografię i opowieść o jej pochodzeniu, a dopiero potem materiał został „dopięty” w formę dużej historii. To ważne, bo zmienia kolejność zdarzeń: najpierw pojawia się sensacyjny artefakt, dopiero potem wielka narracja.

Kim był Ernetti – i dlaczego jego słowa brzmiały wiarygodnie?

Ojciec Pellegrino Ernetti nie był „przypadkowym” bohaterem. To benedyktyn z weneckiej wyspy San Giorgio Maggiore, znany jako muzykolog i badacz muzyki dawnej. W przestrzeni publicznej funkcjonował jako człowiek łączący świat Kościoła, akademii i pasji do elektroniki. W takiej konfiguracji nawet niezwykłe twierdzenie brzmi inaczej: nie mówi tego anonim z ulicy, tylko zakonnik z reputacją uczonego.

I tu zaczyna się najciekawsza część: Ernetti opowiadał o urządzeniu, które nie przenosi ludzi w czasie, ale pozwala „oglądać” przeszłość. Jak ekran, na którym można zobaczyć dawne wydarzenia – a nawet je „nagrywać”. W relacjach, które krążyły później, pojawiają się sceny o ogromnej wadze symbolicznej: przemówienia wielkich postaci historii i wydarzenia biblijne. Włoska prasa wspominała, że Ernetti opisywał wizje z detalami wykraczającymi poza tekst Ewangelii – co natychmiast rozpalało emocje.

Jak miał działać chronowizor: prosta idea, która brzmi genialnie

W całej tej opowieści wszystko opiera się na jednym założeniu: skoro nic nie ginie, a każda czynność zostawia ślad w postaci fal i energii, to wystarczy zbudować aparat zdolny te ślady wychwycić i zrekonstruować. W praktyce chronowizor bywa opisywany jako zestaw anten i przetworników, które „zbierają” sygnały, oraz moduł odtwarzający obraz i dźwięk.

To działa na wyobraźnię, bo jest intuicyjne: skoro radiostacje wysyłają fale, to czemu przeszłość nie miałaby zostawiać podobnego „echa”? Tyle że fizyka nie kończy się na metaforze echa. Im dalej w czas, tym sygnał słabszy, bardziej rozproszony, zmieszany z innymi. Odtworzenie stabilnego obrazu wymagałoby nie tylko „anten”, ale też modelu rekonstrukcji, selekcji danych, kontroli szumu i – przede wszystkim – demonstracji, że wynik nie jest projekcją, przypadkiem albo interpretacją.

Dwunastu uczonych, trzy nazwiska i jedna rzecz, która się nie klei

W opowieści pojawia się też wątek zespołu naukowców. Pada liczba „dwanaście”, a wśród rzekomych współpracowników przewijają się nazwiska, które brzmią jak lista z podręcznika: Enrico Fermi, Wernher von Braun, Agostino Gemelli. To chwyt niemal doskonały – bo autorytet „ściąga” wiarę w projekt.

Chronowizor - Artykuł w włoskiej prasie
Chronowizor - Artykuł w włoskiej prasie

Jest tylko problem z czasem. Fermi zmarł w 1954 roku, a Gemelli w 1959. Jeśli prace miały być prowadzone „w latach 50.”, to okno czasowe robi się bardzo wąskie, a w dodatku nigdy nie przedstawiono żadnego niezależnego potwierdzenia ich udziału. W konsekwencji te nazwiska działają w historii bardziej jak pieczęć wiarygodności niż jak faktycznie udokumentowane osoby w projekcie.

„Dowód, którego nie da się zbyć”: zaginiona tragedia Enniusza

Gdy ktoś słyszy o fotografii z przeszłości, może wzruszyć ramionami: „łatwo oszukać obrazem”. Dlatego legenda potrzebowała drugiego filaru – czegoś, co można badać jak dokument. I tu pojawia się wątek zaginionej tragedii „Thyestes” (Tieste) przypisywanej Enniuszowi. Ernetti miał rzekomo zobaczyć przedstawienie sprzed ponad dwóch tysięcy lat i spisać tekst, który uznawano za utracony.

To brzmi jak weryfikowalny cud, bo filologia ma narzędzia: można sprawdzać język, składnię, słownictwo, zgodność z cytatami zachowanymi u innych autorów. Właśnie dlatego współcześni badacze, a szczególnie włoski filolog Alessandro Russo, potraktowali sprawę jak zagadkę naukową, a nie opowieść do powtarzania. Russo zebrał dokumenty, kontekst historyczny i przeanalizował „Tieste” w trybie filologicznym, pokazując, jak bardzo cała historia przypomina splot fantastyki, medialnego efektu i mechanizmów fake news – nawet zanim Internet nauczył nas znaczenia tych słów.

François Brune, książki, dodatki i moment, kiedy legenda zaczęła puchnąć

W latach 90. i 2000. historia dostała drugie życie dzięki publikacjom, które dopowiadały szczegóły nieobecne w materiale z 1972 roku. Kluczową rolę odegrał francuski ksiądz François Brune, który w 2002 roku wydał „Le nouveau mystère du Vatican”. To tam chronowizor został opisany szerzej, z dodatkową dramaturgią, większą liczbą „odkryć” i mocniejszym podkreśleniem watykańskiego tła.

Równolegle w obiegu funkcjonowała książka Petera Krassy z 2000 roku, która zbierała relacje o Ernettiego i dodawała element niezwykle nośny: historię domniemanego „wyznania” przed śmiercią. To właśnie te książki – a nie sam artykuł z 1972 roku – ukształtowały współczesny obraz chronowizora: jako sekretu, którego „nie wolno było ujawnić”.

Fotografia twarzy Chrystusa na krzyżu: obraz, który odpala emocje szybciej niż tekst

W każdej wersji opowieści o chronowizorze prędzej czy później pojawia się ona: fotografia twarzy ukrzyżowanego Chrystusa, przedstawiana jako jedyny ujawniony kadr „zarejestrowany” przez chronowizor. To właśnie ten element zadziałał jak zapalnik. Bo jeśli istnieje choć jedno zdjęcie, to dla wielu ludzi oznacza: „coś musiało być na rzeczy”.

Rzekoma scena z ukrzyżowania Jezusa, uchwycona przez chronowizor
Rzekoma scena z ukrzyżowania Jezusa uchwycona, uchwycona przez chronowizor

W tym miejscu warto zaznaczyć coś istotnego: nawet jeśli ktoś nie wierzy w chronowizor, sama historia zdjęcia jest fascynująca, bo pokazuje, jak łatwo obraz staje się „dowodem” – zwłaszcza gdy jest osadzony w narracji o tajemnicy. 

Kiedy mit zaczyna tracić grunt: co da się sprawdzić, a czego nie da się obronić

Jeśli potraktować sprawę watykańskiego chronowizora jak śledztwo, szybko widać twardy problem: nie istnieje publicznie dostępna dokumentacja techniczna urządzenia. Nie ma zdjęć prototypu, schematów, listy komponentów, opisów testów ani niezależnych świadków demonstracji. Nawet osoby z kręgu Ernettiego nie zostawiły relacji typu „widziałem, działało, mogę opisać warunki”. Zostają opowieści, a opowieść – nawet powtarzana przez pół wieku – nie jest jeszcze dowodem.

Dalej: tragedia Enniusza. Tu nauka jest bezlitosna, bo tekst można rozebrać jak mechanizm. Analizy filologiczne wskazują, że „Tieste” wygląda bardziej jak dzieło nowożytnego autora, który zna łacinę i potrafi skleić stylizację, niż jak autentyk z epoki. Filolog Alessandro Russo nie tylko omawia język i anachronizmy, ale też rekonstruuje, jak i dlaczego akurat ten utwór stał się osią mitu: bo jest wystarczająco „starożytny”, by robić wrażenie, i wystarczająco nieznany, by trudno było go przeciętnemu czytelnikowi zweryfikować.

I wreszcie fotografia. W obiegu sceptycznym od lat funkcjonuje wskazanie, że zdjęcie przypomina wizerunek konkretnej rzeźby z sanktuarium w Collevalenza (Santuario dell’Amore Misericordioso) – czyli że „kadr z przeszłości” może być po prostu fotografią dzieła sztuki. 

Rzekome zdjęcie z chronowizora oraz fragment rzeźby Chrystusa na krzyżu, zachowanej w Sanktuarium Miłości Miłosiernej w włoskiej Collevalenza
Rzekome zdjęcie z chronowizora (po lewej) oraz fragment rzeźby Chrystusa na krzyżu, zachowanej w Sanktuarium Miłości Miłosiernej w włoskiej Collevalenza (po prawej)

Ten trop jest o tyle istotny, że nie wymaga wiary ani teorii: to porównanie cech wizualnych. Jeśli podobieństwo jest uderzające, mit traci swój najłatwiejszy „dowód”.

Drugie zdjęcie i obraz Wehle – powtarzający się motyw

W mniej znanych wersjach historii pojawia się także drugie rzekome zdjęcie przypisywane chronowizorowi. Przedstawia ono twarz Chrystusa w innym ujęciu niż słynna fotografia z krzyża. Ten obraz również był porównywany z istniejącym dziełem malarskim autorstwa Wehle – układ głowy, kierunek spojrzenia i charakterystyczne światłocienie okazują się uderzająco podobne.

Rzekome zdjęcie z chronowizora oraz fragment obrazu autorstwa słynnego malarza Johannes Raphael WEHLE
Rzekome zdjęcie z chronowizora (po lewej) oraz fragment obrazu autorstwa słynnego malarza Johannes Raphael WEHLE (po prawej)

To powtarzający się schemat: oba „kadry z przeszłości” odpowiadają wcześniejszym przedstawieniom sztuki sakralnej. Nie mamy więc do czynienia z unikalnymi zapisami historycznych scen, lecz z wizualnymi wariacjami motywów obecnych w ikonografii od dziesięcioleci. W praktyce oznacza to, że także ten materiał nie stanowi niezależnego potwierdzenia istnienia chronowizora.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz: dlaczego ta historia mogła powstać i po co żyje do dziś

Nie trzeba zakładać wielkiego spisku, żeby zrozumieć, jak rodzą się takie legendy. Wystarczy kilka składników: autorytet postaci (zakonnik-uczony), obietnica technologii absolutnej (podgląd przeszłości), artefakt wizualny (fotografia) oraz medialny moment, który nadaje historii rozpęd. Potem dochodzi mechanizm samonakręcania: książki dopowiadają luki, cytują się nawzajem, a każdy brak weryfikacji tłumaczy się tajnością.

Chronowizor jest więc czymś więcej niż „ciekawostką”: to modelowa historia o tym, jak ludzki umysł pragnie pewności. Chce zobaczyć, zamiast wierzyć. Chce obrazu, zamiast interpretacji. I dlatego ta opowieść wraca, nawet gdy kolejne elementy zaczynają wyglądać jak zlepek sugestii, a nie technologia gotowa do pokazania światu.

Co ujawnia współczesna prasa włoska: Ernetti między nauką, duchowością a wizją

W sierpniu 2024 roku włoski dziennik Il Foglio Quotidiano opublikował obszerny artykuł zatytułowany „L’esorcista che fotografò Cristo".

Autor podkreśla coś, co w internetowych wersjach legendy często ginie: Ernetti nie był marginalnym ekscentrykiem. Funkcjonował w oficjalnym obiegu akademickim i kościelnym jako muzykolog, specjalista od chorału gregoriańskiego i konsultant instytucji watykańskich. Jednocześnie angażował się w egzorcyzmy i zagadnienia duchowe, co tworzyło niezwykłe połączenie świata nauki, religii i zjawisk uznawanych za paranormalne.

Il foglio quotidiano - Artykuł o chronowizorze
Artykuł o chronowizorze na łamach Il Foglio Quotidiano

Co istotne, Palmieri pisze wprost, że nie istnieje żaden materialny ślad chronowizora: brak zachowanych elementów aparatury, schematów technicznych, dokumentacji projektowej czy wiarygodnych relacji z demonstracji działania urządzenia. To mocne stwierdzenie, bo pada nie z ust sceptyków z Internetu, lecz z łamów poważnej prasy.

Artykuł zwraca również uwagę na duchowy wymiar całej koncepcji. Według relacji Ernettiego chronowizor nie miał być wyłącznie narzędziem poznawczym. W jego wizji pełnił rolę czegoś w rodzaju „instrumentu objawienia” – sposobu przywracania ludzkości utraconej pamięci duchowej. To tłumaczy, dlaczego w centrum opowieści od początku pojawia się Chrystus, a nie np. neutralne wydarzenia historyczne.

Ciekawym detalem jest także kontekst kulturowy. Palmieri zauważa, że legenda chronowizora rodzi się niemal równolegle z popularyzacją motywu podróży w czasie w kinie. Włoski autor sugeruje, że ikonografia i sposób opowiadania historii mogły zostać nieświadomie ukształtowane przez ówczesną popkulturę.

Najważniejszy wniosek Palmieriego jest jednak bardziej subtelny niż proste „to była mistyfikacja”. Jego zdaniem Ernetti mógł autentycznie wierzyć w swoją wizję – a cała historia wygląda raczej na splot duchowego przekonania, autosugestii i środowiskowego wzmocnienia niż na klasyczny, cyniczny hoax. To przesuwa akcent z teorii spisku na psychologię wiary i potrzebę absolutnego dowodu.

Wnioski

Jeśli miałby istnieć "chronowizor" w sensie naukowym, musiałby zostawić po sobie to, co zostawiają wszystkie działające urządzenia: dokumentację, ślady testów, możliwość powtórzenia. Tymczasem historia opiera się na publikacji prasowej z 1972 roku, późniejszych książkach i „dowodach”, które po bliższym spojrzeniu tracą ostrość. Pozostaje legenda – świetna do opowiedzenia, mocna kulturowo i psychologicznie – oraz pytanie, które w gruncie rzeczy jest najuczciwsze: nie „czy Watykan ukrywa maszynę czasu”, ale „dlaczego tak bardzo chcemy, żeby istniała”.

FAQ – najczęstsze pytania o chronowizor

Czy chronowizor naprawdę istniał?

Nie ma danych, które pozwalałyby to potwierdzić w sposób naukowy. Historia opiera się na relacji medialnej z 1972 roku i późniejszych publikacjach, ale nie towarzyszy jej publicznie dostępna dokumentacja techniczna ani niezależna weryfikacja działania urządzenia.

Czy zachowały się jakiekolwiek fizyczne ślady urządzenia?

Nie. W dostępnych źródłach nie ma wiarygodnych informacji o zachowanych elementach aparatury, schematach, notatkach projektowych czy zdjęciach prototypu. Współczesne opracowania prasowe podkreślają wprost brak materialnych śladów chronowizora.

Skąd wzięły się rzekome fotografie „z przeszłości”?

W legendzie funkcjonuje co najmniej kilka zdjęć przypisywanych chronowizorowi. Najgłośniejsze z nich przedstawia wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Sceptyczne analizy wskazują jednak, że obrazy te można porównywać do istniejących dzieł sztuki sakralnej (m.in. rzeźb i obrazów), co podważa ich wartość jako niezależnego dowodu.

Czy Watykan oficjalnie potwierdził istnienie chronowizora?

Nie ma znanego, oficjalnego stanowiska Watykanu potwierdzającego istnienie takiego urządzenia. Motyw „watykańskiej tajemnicy” pojawia się przede wszystkim dlatego, że głównym bohaterem historii był zakonnik, a nie dlatego, że istnieją dokumenty instytucjonalne wskazujące na realny projekt.

Dlaczego historia chronowizora wciąż powraca?

Bo łączy w sobie kilka wyjątkowo silnych czynników: autorytet postaci, obietnicę „absolutnego dowodu” (zobaczyć przeszłość zamiast o niej czytać) oraz mocny element wizualny w postaci rzekomych fotografii. To dokładnie te składniki, które sprawiają, że legenda łatwo odradza się w kolejnych dekadach.

Bibliografia

  1. Vincenzo Maddaloni, „Inventata la macchina che fotografa il passato”, „La Domenica del Corriere”, nr 18, 2 maja 1972, s. 26–29.
  2. Massimo Polidoro, „Una finestra sul passato? La curiosa storia del ‘Cronovisore’ di Padre Pellegrino Maria Ernetti”, CICAP, 17 września 2004.
  3. Peter Krassa, Father Ernetti’s Chronovisor: The Creation and Disappearance of the World’s First Time Machine, New Paradigm Books, 2000.
  4. François Brune, Le nouveau mystère du Vatican, Albin Michel, 2002.