Przejdź do treści

Gdy mija czas, cierpią nie tylko ofiary duchownych – ale i wiarygodność instytucji

W Polsce nie brakuje udokumentowanych historii, w których sygnały o wykorzystywaniu nieletnich przez duchownych krążyły latami „wewnątrz systemu”, zanim sprawy przebiły się do opinii publicznej, a czasem zanim w ogóle realnie ruszyły procedury. Ten tekst nie jest o plotkach. Jest o konkretnych sprawach i o tym, co je łączy: opóźnianiu reakcji, przeciąganiu postępowań, przerzucaniu odpowiedzialności oraz działaniu dopiero wtedy, gdy milczenie przestaje się opłacać.
  • Ksiądz trzyma palec na ustach w znaku ciszy

Gdy Sebastian Krasucki opowiedział innym wychowankom o doznanej krzywdzie w Ognisku im. Brata Alberta w Szczecinie, został usunięty z placówki. Tak wyglądał jeden z pierwszych sygnałów w sprawie ks. Andrzeja Dymera — opisywanej po latach przez OKO.press i ‘Więź’.

Wiele osób wciąż wierzy, że to były „pojedyncze przypadki”. Problem w tym, że gdy zestawi się kilka głośnych, sprawdzalnych historii, zaczyna wyłaniać się powtarzalny schemat. Nie trzeba wielkiej teorii spiskowej. Wystarczy spojrzeć na to, co działo się w praktyce: jak długo trwały postępowania, kiedy informowano wiernych, co robiono z dokumentami i dlaczego dopiero nacisk mediów potrafił uruchamiać realne decyzje.

O czym dokładnie jest ten tekst (i czego tu nie będzie)

Nie opisuję wszystkich przypadków wykorzystywania – bo to temat na książkę. Skupiam się wyłącznie na sprawach, które są publicznie udokumentowane i które pozwalają prześledzić mechanizm „zamiatania pod dywan”: od pierwszych sygnałów, przez reakcje instytucji, aż po komunikaty, kary lub ich brak. Każda sprawa ma w tekście odnośnik do źródła. 

Używając w tekście określeń takich jak "zamiatanie pod dywan" czy "tuszowanie", mam na myśli przewlekłość postępowań, niejawność decyzji oraz opóźnione reakcje instytucjonalne, a nie przypisywanie konkretnych przestępstw osobom trzecim.

Sprawa ks. Andrzeja Dymera

Jeśli ktoś szuka w Polsce przykładu, który najlepiej pokazuje, jak długo system potrafił „trzymać” sprawę w cieniu, prędzej czy później trafi na ks. Andrzeja Dymera ze Szczecina. Przez lata opinia publiczna słyszała, że „coś się dzieje”, że „trwa postępowanie”, że „sprawa jest skomplikowana”. Tymczasem, jak wynika z opisywanych przez media i środowiska kościelne ustaleń, postępowania trwały latami, a informacje o ich treści były utajniane.

W 2023 roku media – m.in. OKO.press i TVN24 – opisały sytuację, w której kościelny sąd apelacyjny potwierdził ustalenia pierwszej instancji, uznając ks. Dymera winnym w oparciu o przepisy prawa kanonicznego – a jednocześnie przez długi czas szczegóły pozostawały poza zasięgiem wiernych i opinii publicznej. Źródło: TVN24: „Ksiądz Dymer uznany za winnego…”.

Z kolei miesięcznik „Więź” opublikował szczegółowe kalendarium pokazujące skalę przewlekłości oraz wieloletnią „kościelno-sądową ciuciubabkę” – czyli sytuację, w której formalnie „coś się toczy”, ale realnie latami nie widać finału. Źródło: Więź: „Kalendarium sprawy ks. Dymera”.

To właśnie ten typ historii buduje społeczne poczucie, że Kościół nie działa jak instytucja odpowiedzialna za bezpieczeństwo, lecz jak organizm, który przede wszystkim chroni siebie: informacja ma nie wypłynąć, sprawa ma „przeczekać”, a jeśli się da – zniknąć wraz z czasem. Jest to wniosek formułowany w debacie publicznej przez część dziennikarzy i komentatorów, m.in. w przywoływanych publikacjach.

Trzy dekady milczenia, przeciągania i pozorów reakcji

Od pierwszej krzywdy minęło ponad 30 lat. Od momentu, gdy próbowano ją wyjaśnić — niemal tyle samo. A jednak przez większą część tego czasu sprawa ks. Andrzeja Dymera funkcjonowała w Kościele jak temat, którego nie należy domykać, lecz raczej przeczekać.

Na początku lat 90. ks. Dymer zakłada w Szczecinie Ognisko św. Brata Alberta — miejsce przeznaczone dla młodzieży pozbawionej stabilnej opieki rodzinnej. To właśnie tam, na początku 1993 roku, dochodzi do wykorzystania seksualnego 17-letniego wychowanka, Sebastiana Krasuckiego. Gdy chłopak opowiada o tym innym, zostaje usunięty z placówki. Nie on jeden. Mechanizm jest prosty: zamiast wyjaśniania — eliminacja problemu.

Już w połowie lat 90. sprawa trafia do przełożonych kościelnych. Świeccy wychowawcy zgłaszają swoje podejrzenia biskupowi pomocniczemu archidiecezji szczecińskiej. Reakcja jest jednoznaczna: zarzuty zostają uznane za „domysły”, a osoby zgłaszające — za kierujące się osobistą niechęcią. W 1996 roku, mimo wewnętrznych notatek mówiących o „deprawowaniu młodzieży” i konieczności natychmiastowego zbadania sprawy, ks. Dymer wraca do aktywności publicznej i obejmuje wpływowe funkcje związane z edukacją.

Przez kolejne lata następuje to, co w dokumentach i relacjach powraca jak refren: długa cisza. W tym czasie Dymer robi karierę w strukturach kościelnych — zostaje przewodniczącym Rady Szkół Katolickich przy Konferencji Episkopatu Polski i reprezentuje polski Kościół w europejskich gremiach edukacyjnych. Żadne oficjalne informacje o zarzutach nie są przekazywane wiernym.

Przełom przychodzi dopiero w 2003 roku, gdy dominikanin Marcin Mogielski zbiera świadectwa kolejnych wychowanków i wychowawców. Materiały trafiają do metropolity szczecińskiego. Jak relacjonował dominikanin o. Marcin Mogielski OP, jego działania miały być w rozmowach z hierarchią określane jako motywowane osobistą niechęcią i wrogością; w swoich wypowiedziach dominikanin przywoływał również obraźliwe sformułowania, których miał doświadczyć. Dopiero w 2004 roku rusza kanoniczne postępowanie pierwszej instancji, które trafia do Watykanu.

I znów zapada cisza — tym razem trwająca kilkanaście lat.

Karny proces kanoniczny pierwszej instancji kończy się wyrokiem w 2008 roku. Sąd kościelny uznaje winę oskarżonego, wskazując, że zgromadzony materiał dowodowy spełniał kanoniczne kryteria wystarczające do wydania wyroku skazującego. Sankcje są jednak symboliczne: zakaz pracy z młodzieżą i wpłata części dochodów na cele charytatywne. Co istotne — treść wyroku nie zostaje ujawniona nawet osobom skrzywdzonym.

Ks. Dymer składa apelację. Watykan poleca wszcząć proces drugiej instancji w 2008 roku. Ten jednak… nie rusza przez ponad dziewięć lat. Przez ten czas duchowny otrzymuje kolejne funkcje, zarządza instytucjami medycznymi, dysponuje środkami publicznymi i występuje u boku arcybiskupa jako zaufany współpracownik.

Gdy w 2017 roku Kongregacja Nauki Wiary ponownie dopytuje o stan sprawy, okazuje się, że proces drugiej instancji nie został rozpoczęty z powodu braku akt w sądzie apelacyjnym. Akta zostały następnie przekazane przez Watykan.

Dopiero w latach 2020–2021, po serii publikacji Zbigniewa Nosowskiego na portalu „Więź” oraz reportażach TVN24, opinia publiczna poznaje pełny obraz: jeden z najdłuższych i najbardziej przewlekłych procesów kanonicznych opisywanych publicznie w Polsce (ok. 17 lat).

Ostateczny wyrok zapada w lutym 2021 roku — na krótko przed śmiercią ks. Dymera. Jego treść ponownie nie zostaje ujawniona. Do dziś nie opublikowano oficjalnie treści ostatecznego wyroku kanonicznego ani jego uzasadnienia.

Oficjalne potwierdzenie winy – po latach i po cichu

W styczniu 2023 roku pojawiła się informacja, która w sposób formalny i jednoznaczny zamknęła wieloletni spór wokół ustaleń faktycznych w sprawie ks. Andrzeja Dymera. Jak ujawnił portal OKO.press, kanclerz kurii gdańskiej ks. Rafał Dettlaff poinformował o. Tarsycjusza Krasuckiego, jedną z osób skrzywdzonych, że kościelny sąd apelacyjny potwierdził ustalenia pierwszej instancji i uznał ks. Dymera winnym zarzucanych mu czynów.

W piśmie przywołano konkretną podstawę prawną: kanon 1395 §2 Kodeksu Prawa Kanonicznego, odnoszący się do przestępstw przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu popełnionych wobec osób małoletnich. Oznacza to, że w świetle prawa kanonicznego wina duchownego została potwierdzona w dwóch instancjach, a sąd drugiej instancji nie zakwestionował wcześniejszych ustaleń.

Jednocześnie decyzją biskupa gdańskiego, podjętą po śmierci oskarżonego, treść wyroku oraz zakres orzeczonej kary nie zostały podane do publicznej wiadomości. Informacja o winie została przekazana wyłącznie w korespondencji z osobą pokrzywdzoną, a opinia publiczna poznała jej treść dopiero dzięki publikacjom dziennikarskim.

Ten moment jest istotny nie dlatego, że wnosi nowe oskarżenia, lecz dlatego, że potwierdza coś, co przez lata pozostawało w sferze domysłów i niejawnych procedur: w sensie formalnym Kościół uznał winę sprawcy, ale uczynił to po upływie dekad i w trybie, który nie wiązał się z pełną transparentnością ani publicznym rozliczeniem.

Źródło: OKO.press – „Watykan przyznał po dwóch latach: Tak, ks. Dymer był winny”.

Gdy reakcja przychodzi „z góry”: decyzje Stolicy Apostolskiej wobec biskupów

Sprawa Dymera jest jednym z najgłośniejszych przykładów przewlekłości. Ale kiedy patrzy się na to, jak Stolica Apostolska oceniała zaniedbania części biskupów w innych sprawach nadużyć, widać, że problem nie dotyczy wyłącznie pojedynczych sprawców, lecz także sposobu nadzoru i reagowania. 

Przebieg sprawy ks. Dymera – wieloletnie procedury, brak jawności i decyzje odkładane w czasie – prowadzi do pytania o rolę przełożonych kościelnych. Bo nawet tam, gdzie winę sprawcy ostatecznie potwierdzono, kluczowe okazywało się to, jak reagowali biskupi i instytucje odpowiedzialne za nadzór. To właśnie na tym poziomie – nie pojedynczego księdza, lecz systemu reagowania – zaczyna się kolejny wątek tej historii.

W dyskusji o „tuszowaniu” kluczowe jest pytanie: czy problem dotyczył wyłącznie pojedynczych księży? Nie – bo w wielu relacjach i dokumentach wraca wątek zaniedbań przełożonych. W 2021 roku Nuncjatura Apostolska poinformowała o decyzjach Stolicy Apostolskiej wobec dwóch hierarchów w związku z „zaniedbaniami dotyczącymi nadużyć seksualnych”

TVN24 opisało decyzje wobec abp. Sławoja Leszka Głódzia i bp. Edwarda Janiaka: nakaz zamieszkania poza diecezją, zakaz uczestniczenia na jej terenie w publicznych celebracjach oraz inne środki. Źródło: TVN24: „Arcybiskup Głódź i biskup Janiak ukarani przez papieża”.

„Więź” przytoczyła i omówiła komunikat, podkreślając, że były to decyzje podjęte w związku z zaniedbaniami w sprawach nadużyć. Źródło: Więź: „Stolica Apostolska podjęła decyzje…”.

To pokazuje, że temat „zamiatania pod dywan” nie dotyczy wyłącznie jednego proboszcza czy jednego księdza. Skoro interwencje i sankcje dotykają biskupów, to znaczy, że w grę wchodzi kwestia nadzoru, reakcji i decyzji instytucjonalnych.

Strategia przeczekania

W części polskich spraw dotyczących wykorzystywania nieletnich przez duchownych widać powtarzalny mechanizm „gry na czas”. Nie polega on wyłącznie na braku działania, ale na przeciąganiu procedur, przesuwaniu odpowiedzialności na kolejne szczeble i utrzymywaniu spraw w trybie „wewnętrznym” tak długo, aż realne konsekwencje stają się mało prawdopodobne (np. przez przedawnienie, rozproszenie dowodów albo biologiczny finał sprawcy). Poniższe przykłady są udokumentowane i mają publicznie dostępne źródła.

Zaniedbania przełożonych: bp Edward Janiak i sankcje Watykanu dopiero po latach

Mechanizm „przeczekania” dotyczy nie tylko samych sprawców, ale także reakcji przełożonych: to, czy i kiedy sprawa trafia do organów ścigania, czy ofiary otrzymują wsparcie i czy duchowny przestaje mieć kontakt z nieletnimi, w praktyce zależy często od decyzji biskupa. W przypadku bp. Edwarda Janiaka Stolica Apostolska ogłosiła sankcje w związku z „sygnalizowanymi zaniedbaniami” w sprawach nadużyć seksualnych wobec osób małoletnich. W wymiarze społecznym to jest właśnie opis sytuacji, w której instytucja długo nie reaguje w sposób wystarczający, a decyzje zapadają dopiero po nagłośnieniu i po wieloletnich zarzutach dotyczących sposobu prowadzenia spraw. Źródło: TVN24: komunikat o sankcjach; komentarz i kontekst: Więź: omówienie decyzji.

Tylawa: prawomocny wyrok świecki, a potem długi „ogon” bez realnego przecięcia

Inny wariant „przeczekania” wygląda tak: wyrok sądu powszechnego zapada, ale konsekwencje w praktyce kościelnej pojawiają się późno i są komunikowane dopiero po latach. Portal „Więź” opisywał przypadek byłego proboszcza z Tylawy (ks. Michał M.), skazanego w 2004 r. za molestowanie sześciu dziewczynek, wobec którego dopiero po wielu latach ogłoszono ograniczenia dotyczące publicznego sprawowania liturgii. Niezależnie od oceny tej konkretnej decyzji, sam dystans czasowy jest tu kluczowy: nawet gdy winę potwierdził sąd państwowy, system potrafi działać w tempie, które dla ofiar oznacza „kolejne lata ciszy”. Źródło: Więź: „Po 16 latach od wyroku…”.

„Dopiero kiedy jest wyrok”: przykład dużej sprawy z Nowego Targu (22 pokrzywdzonych)

W sprawach, które ostatecznie kończą się skazaniem, często pojawia się wspólny mianownik: potrzeba bardzo długiego procesu, wielu świadków i twardej pracy dowodowej, zanim system państwowy „dowiedzie” wyrok. „Gazeta Wyborcza” opisywała wyrok w sprawie byłego księdza Mariana W. (sprawa obejmowała krzywdę wielu ministrantów; w relacjach medialnych pojawia się liczba 22 pokrzywdzonych). Dla tematu „strategii przeczekania” istotne jest to, że dopiero etap sądowy przynosi rozstrzygnięcie, które zamyka spór o fakty – a wcześniej przez lata funkcjonują półcienie, domysły, lokalne milczenie i spór o wiarygodność. Źródło: Gazeta Wyborcza (Zakopane): wyrok w sprawie Mariana W..

Na poziomie systemowym ten sam problem – „wyścig z czasem” i umorzenia z powodu przedawnienia – potwierdzają materiały instytucjonalne publikowane po fali społecznego poruszenia wywołanego filmami dokumentalnymi. Źródło: RPO (BIP): informacja o umorzeniach śledztw m.in. z powodu przedawnienia.

Wniosek, który łączy te sprawy: „Strategia przeczekania” nie zawsze wygląda jak jawne blokowanie. Częściej przyjmuje formę przewlekłości, przerzucania odpowiedzialności i trzymania spraw w obiegu, w którym realne rozstrzygnięcie przychodzi dopiero po latach – albo nie przychodzi wcale. Gdy mija czas, cierpią nie tylko ofiary, ale i wiarygodność instytucji, która w teorii powinna reagować najszybciej właśnie wtedy, gdy krzywda dotyczy najsłabszych.

Moment, w którym „nie da się już milczeć”: filmy Sekielskich

W Polsce punktem zwrotnym nie był wewnętrzny raport Kościoła, lecz społeczny wstrząs wywołany materiałami, które dotarły do milionów odbiorców. Filmy dokumentalne braci Sekielskich stały się dla wielu osób pierwszym zetknięciem z relacjami skrzywdzonych – i z obrazem reakcji instytucji: od bagatelizowania, przez zwlekanie, po działania podejmowane dopiero wtedy, gdy sprawa stała się publiczna.

W kontekście „systemu” znaczenie tych filmów jest takie, że nie opowiadają one jednej historii, tylko pokazują powtarzalne elementy: jak wygląda zgłaszanie, co słyszą ofiary, jak działają przełożeni, co dzieje się z duchownym, gdy sprawa zaczyna zagrażać wizerunkowi. Źródła: „Tylko nie mów nikomu” (YouTube).

Warto zwrócić uwagę na jeden mechanizm, który w debacie publicznej powraca jak refren: instytucja potrafi reagować szybko wtedy, gdy chodzi o kryzys medialny, natomiast potrafi być zadziwiająco powolna, gdy chodzi o realną ochronę i zadośćuczynienie.

Co mówią dane instytucji (i czego nie mówią)

Żeby nie zostać wyłącznie przy głośnych przypadkach, trzeba dodać jeszcze jedną warstwę: liczby. Konferencja Episkopatu Polski opublikowała wyniki kwerendy dotyczącej zgłoszeń z lat 1990–2018 (opracowanie ISKK). To ważny dokument, bo pokazuje skalę zgłoszeń „znanych kuriom” i opisuje metodologię zbierania danych. Źródło (PDF): ISKK/KEP: „Wyniki kwerendy”.

Równolegle funkcjonują raporty Państwowej Komisji do spraw przeciwdziałania wykorzystaniu seksualnemu małoletnich poniżej lat 15 (PKDP). To ważne, bo jest to instytucja państwowa, publikująca sprawozdania i raporty w trybie publicznym. Źródło: PKDP (BIP): „Raporty Komisji”.

Same dane nie opowiadają jeszcze o „tuszowaniu” – one mówią o ujawnionych i zgłoszonych przypadkach. Mechanizm „zamiatania pod dywan” widać dopiero wtedy, gdy liczby zestawia się z konkretnymi historiami: jak długo trwały postępowania, czy informowano organy ścigania, kiedy i w jakiej formie komunikowano sprawy wiernym oraz czy przełożeni faktycznie ograniczali ryzyko kolejnych krzywd.

Wspólny schemat

Gdy spojrzeć na powyższe historie razem, widać powtarzalne elementy, które składają się na to, co potocznie nazywa się tuszowaniem: po pierwsze – przewlekłość i niejawność postępowań wewnętrznych, po drugie – komunikowanie „minimum informacji”, po trzecie – reakcję dopiero po presji z zewnątrz (media, opinia publiczna, instytucje państwowe), a po czwarte – rozmywanie odpowiedzialności w strukturze, w której zawsze można powiedzieć: „to nie ja, to procedury”.

To właśnie dlatego w debacie publicznej coraz częściej mówi się o problemie systemowym. Nie dlatego, że wszyscy są winni. Tylko dlatego, że w kilku sprawach – udokumentowanych – widać podobny sposób działania instytucji, gdy w grę wchodzi ryzyko skandalu.

Źródła

  1. TVN24 – „Ksiądz Dymer uznany za winnego. Kościół po dwóch latach potwierdził wyrok”: link
  2. Więź – „Kalendarium sprawy ks. Dymera”: link
  3. TVN24 – „Abp Głódź i bp Janiak ukarani w związku z zaniedbaniami…”: link
  4. Więź – „Stolica Apostolska podjęła decyzje w sprawie zaniedbań bp. Janiaka i abp. Głódzia”: link
  5. „Tylko nie mów nikomu” (Sekielski) – YouTube: link
  6. ISKK/KEP – „Wyniki kwerendy dotyczącej wykorzystania seksualnego osób małoletnich (1990–2018)” (PDF): link
  7. PKDP (BIP) – „Raporty Komisji”: link