Wakacje nad Bałtykiem i trucizna pod wodą. Problem, którego nie widać z brzegu
Latem Bałtyk wygląda niewinnie. Dzieci bawią się przy brzegu, dorośli wchodzą do wody, ktoś rozkłada koc, ktoś inny sprawdza temperaturę morza. Z perspektywy plaży wszystko wydaje się zwyczajne. Tymczasem na dnie Bałtyku od wielu dekad zalegają niebezpieczne pozostałości, o których przez lata mówiono niewiele albo zbyt ogólnie. Chodzi nie tylko o pojedyncze beczki, lecz także o zatopioną amunicję chemiczną i konwencjonalną, wraki z paliwem, skorodowane pojemniki oraz substancje, które mogą przenikać do osadów dennych. Skala problemu jest znacznie większa, niż mogłoby się wydawać komuś, kto zna Bałtyk tylko z wakacyjnego brzegu.
Spokojna powierzchnia i niepokojące dno
Bałtyk jest morzem szczególnym. Półzamkniętym, słabo wymieniającym wodę z oceanem, mocno obciążonym działalnością człowieka i wyjątkowo wrażliwym na zanieczyszczenia. To nie jest wielki, otwarty akwen, w którym wszystko szybko się rozprasza. To raczej delikatny układ, w którym ślady ludzkich decyzji mogą pozostawać przez dziesięciolecia.
Dlatego problem zatopionych substancji niebezpiecznych ma tu szczególne znaczenie. Nie chodzi o prostą sensację w rodzaju „trucizna pod plażą”. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, ale właśnie przez to bardziej niepokojąca. Na dnie Bałtyku znajdują się miejsca, w których zalega broń chemiczna, amunicja konwencjonalna, elementy uzbrojenia, wraki statków i substancje ropopochodne. Część z nich leży tam od ponad siedemdziesięciu lat.
Przez długi czas dno morza traktowano jak wygodne miejsce do ukrycia problemu. To, czego nie chciano składować na lądzie, można było zatopić. Zniknęło z oczu, więc pozornie przestało istnieć. Dziś wiadomo, że morze niczego nie unieważnia. Ono tylko przechowuje skutki decyzji, które wracają po latach w postaci korozji, wycieków, skażonych osadów i ryzyka dla ekosystemu.
Co naprawdę leży na dnie Bałtyku?
W potocznym języku często mówi się o „beczkach z chemikaliami”. To obraz działa na wyobraźnię, ale jest tylko częścią większej historii. Na dnie Bałtyku znajdują się między innymi bomby, pociski artyleryjskie, miny, granaty, torpedy, pojemniki z substancjami chemicznymi, beczki, skrzynie, fragmenty uzbrojenia oraz wraki jednostek pływających.
Największy niepokój budzi zatopiona broń chemiczna. Według ustaleń przywoływanych przez HELCOM, czyli Komisję Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku, po II wojnie światowej do Bałtyku trafiło około 40 tysięcy ton amunicji chemicznej. Szacuje się, że mogła ona zawierać kilkanaście tysięcy ton bojowych środków trujących. Wśród wymienianych substancji pojawiają się między innymi iperyt siarkowy, związki arsenu, adamsyt, chloroacetofenon oraz tabun.
To są nazwy, które brzmią odlegle, niemal podręcznikowo. Problem polega na tym, że nie chodzi o historię zamkniętą w archiwach. Te substancje nie zniknęły dlatego, że minęło wiele lat. Część uległa degradacji, część mogła zostać przykryta osadami, część jest mniej mobilna niż dawniej, ale metalowe osłony pocisków, bomb i pojemników stopniowo korodują. A korozja jest procesem powolnym, cichym i nieubłaganym.
Do tego dochodzi amunicja konwencjonalna. Ona również nie jest obojętna dla środowiska. Materiały wybuchowe i produkty ich rozpadu mogą działać toksycznie, a w przypadku naruszenia przedmiotu istnieje także ryzyko eksplozji. Niebezpieczeństwo dotyczy przede wszystkim prac podwodnych, rybołówstwa, budowy infrastruktury morskiej, układania kabli, gazociągów, farm wiatrowych oraz działalności związanej z pogłębianiem dna. Dla zwykłego plażowicza zagrożenie nie polega na tym, że po wejściu do wody nagle zetknie się z „chmurą trucizny”. Problem jest bardziej ukryty i środowiskowy.
Dlaczego beczki, pociski i wraki zaczynają być problemem właśnie teraz?
Przez dziesięciolecia łatwo było mówić: skoro leży na dnie, lepiej nie ruszać. W niektórych przypadkach nadal jest to rozsądna zasada, bo wydobywanie amunicji chemicznej z morskich głębin może być bardziej niebezpieczne niż jej pozostawienie tam gdzie jest. Jednak... czas zmienia okoliczności.
Stalowe obudowy pocisków, bomb i pojemników nie są wieczne. W słonej wodzie zachodzi korozja. Im dłużej metal pozostaje w osadach i wodzie morskiej, tym większe ryzyko, że zewnętrzna osłona osłabnie, pęknie lub całkowicie się rozpadnie. Wtedy zawartość może przedostać się do otoczenia.
Nie zawsze oznacza to gwałtowny wyciek. Częściej mówimy o powolnym uwalnianiu substancji do najbliższego środowiska: osadów dennych, wody przydennej i organizmów żyjących w pobliżu. To właśnie dlatego problem jest tak trudny do zauważenia. Nie ma dramatycznej sceny, nie ma nagłego alarmu na plaży, nie ma widocznej plamy na powierzchni. Są natomiast lokalne ogniska skażenia, badania osadów, ślady substancji bojowych, produkty rozpadu materiałów wybuchowych i pytanie, jak długo można jeszcze odkładać decyzje.
W przypadku wraków dochodzi jeszcze inny problem: paliwo i substancje ropopochodne. Niektóre jednostki z okresu wojny spoczywają na dnie z resztkami paliwa, olejów i innych niebezpiecznych materiałów. Z zewnątrz wrak może wyglądać jak historyczna pozostałość. W rzeczywistości może być skorodowanym zbiornikiem, którego zawartość stopniowo przedostaje się do morza albo może zostać uwolniona podczas uszkodzenia konstrukcji.
Czy kąpiel w Bałtyku jest niebezpieczna?
Największe zagrożenie dla zwykłego człowieka nie polega na tym, że podczas kąpieli nagle znajdzie się w „chmurze trucizny”. Znacznie bardziej realny jest inny scenariusz: kontakt z nieznaną bryłą, przedmiotem albo substancją wyrzuconą przez morze lub wyciągniętą z dna w sieci rybackiej.
W przypadku Bałtyku szczególnie często wspomina się iperyt siarkowy, czyli bojowy środek parzący. Po latach spędzonych na dnie morza nie musi wyglądać jak „broń chemiczna”. Może przyjmować postać grud, brył, mazistej substancji albo fragmentów uwięzionych w skorodowanych pojemnikach. Dla osoby przypadkowej może wyglądać jak coś niepozornego: kawałek dziwnej masy, zanieczyszczony kamień, smar, żywica albo fragment wyrzuconego przez morze odpadu.
To właśnie dlatego jest tak niebezpieczny. Iperyt nie zawsze daje natychmiastowy, dramatyczny objaw w chwili kontaktu. Może działać z opóźnieniem. Najpierw skóra może wydawać się tylko lekko podrażniona, a dopiero później pojawiają się zaczerwienienie, pęcherze, bolesne oparzenia chemiczne i uszkodzenie tkanek. Szczególnie groźny jest kontakt z oczami, błonami śluzowymi lub skórą dziecka.
Takie zdarzenia nie są wyłącznie teoretyczne. Najwyższa Izba Kontroli przypominała, że od czasów wojny kilkakrotnie dochodziło do poparzeń iperytem u rybaków i plażowiczów, a HELCOM wskazuje, że iperyt siarkowy jest najczęściej występującym bojowym środkiem trującym wśród zatopionej amunicji chemicznej w Bałtyku i stanowi realne zagrożenie dla ludzi, którzy wejdą z nim w bezpośredni kontakt.
Najpoważniejszy jak dotąd incydent miał miejsce w 1955 roku w Darłówku, gdzie iperyt poparzył 102 dzieci, a czworo z nich utraciło wzrok. Do podobnego zdarzenia doszło także w 1990 roku w rejonie Królewca, kiedy osoby poszukujące bursztynu pomyliły bryłki iperytu z jego kawałkami. Jakiś czas temu również załoga kutra rybackiego z Władysławowa wyciągnęła z morza brunatną masę przypominającą glinę. Okazało się, że był to iperyt siarkowy, który uwalnia gaz musztardowy powodujący rozległe oparzenia. Nieświadomi niebezpieczeństwa rybacy doznali ciężkich obrażeń.
Problem dotyczy też fosforu białego, który bywa mylony z bursztynem. To nie jest ten sam rodzaj zagrożenia co iperyt, ale również wiąże się z wojennymi pozostałościami i może prowadzić do ciężkich poparzeń. Wilgotna, żółtawa lub woskowata bryłka znaleziona na plaży może wyglądać atrakcyjnie dla zbieracza bursztynu. Po wyschnięciu fosfor biały może jednak samozapalić się w kontakcie z powietrzem i spowodować bardzo poważne obrażenia. Dlatego każdą podejrzaną substancję znalezioną na brzegu należy zostawić w miejscu i zgłosić służbom.
W praktyce zasada jest prosta: morze czasem wyrzuca na brzeg rzeczy, których nie da się bezpiecznie rozpoznać wzrokiem. Nie należy dotykać metalowych cylindrów, pocisków, brył przypominających smar, parafinę, wosk, bursztyn, kamień ani żadnych pojemników czy fragmentów uzbrojenia. Nie należy też wkładać takich znalezisk do kieszeni, plecaka ani dziecięcego wiaderka. To, co wygląda jak ciekawostka z plaży, może być substancją, która przez dziesięciolecia leżała na dnie jako część znacznie większego problemu.
A co z rybami z Bałtyku? Przecież uchodzą za "zdrowe"
W tym miejscu pojawia się pytanie, którego nie da się pominąć: co z rybami? Przecież ryby morskie od lat przedstawia się jako element zdrowej diety. Mają dostarczać białka, jodu, selenu, witaminy D i kwasów omega-3. Problem polega na tym, że ryba nie żyje w czystym morzu z reklamowego obrazka. Żyje w realnym Bałtyku — morzu obciążonym eutrofizacją, przemysłem, transportem, zanieczyszczeniami chemicznymi, wrakami i zatopioną amunicją.
W rybach z Bałtyku wykrywano między innymi dioksyny, PCB, PFAS, rtęć i inne substancje trwałe, które mogą kumulować się w organizmach żywych. Szczególne znaczenie mają ryby tłuste, takie jak śledź czy łosoś bałtycki, ponieważ część zanieczyszczeń organicznych gromadzi się właśnie w tłuszczu.
To dlatego w niektórych krajach regionu bałtyckiego od lat funkcjonują zalecenia ograniczające spożycie określonych gatunków ryb, zwłaszcza przez dzieci, kobiety w ciąży i kobiety w wieku rozrodczym. Fińska Agencja Żywności wskazuje, że zalecenia dotyczące bezpiecznego spożycia ryb odnoszą się między innymi do PFAS, dioksyn, PCB i rtęci. Jednocześnie podkreśla się, że ryby nadal mogą mieć korzyści żywieniowe, ale ich spożycie powinno uwzględniać realne ryzyko zanieczyszczeń.
Osobną kwestią są substancje związane z zatopioną amunicją. Badania dotyczące Bałtyku analizowały możliwość narażenia ryb na bojowe środki trujące oraz produkty rozpadu materiałów wybuchowych. W publikacji Sandersona i współautorów oceniano ryzyko zdrowotne wynikające ze spożywania ryb potencjalnie skażonych związkami pochodzącymi z zatopionej broni chemicznej. Nie oznacza to, że każda ryba ze sklepu zawiera iperyt lub arsen z amunicji. Oznacza jednak, że naukowcy traktują tę drogę narażenia poważnie, zwłaszcza w rejonach związanych z miejscami zrzutu amunicji.
Do tego dochodzą doniesienia z rejonu Głębi Bornholmskiej, gdzie stwierdzano skażenie osadów wokół miejsc zalegania amunicji, a u ryb obserwowano częstsze pasożyty i deformacje. Nie jest to dowód na powszechne zatrucie wszystkich ryb z Bałtyku, ale jest to sygnał, że zatopiona amunicja nie jest martwym historycznym eksponatem. Może oddziaływać na lokalne środowisko, a środowisko morskie nie kończy się na dnie — jest połączone z organizmami, które później trafiają do sieci, portów, sklepów i na nasz talerz.
Dlatego zdanie „ryby są zdrowe” wymaga dziś dopowiedzenia: tak, mogą być wartościowym elementem diety, ale tylko wtedy, gdy patrzymy również na źródło ich pochodzenia, gatunek, częstotliwość spożycia i stan środowiska, z którego pochodzą. W przypadku Bałtyku nie da się oddzielić talerza od dna morza. To, co przez dekady rdzewiało pod wodą, nie musi od razu zatruwać kąpieliska, ale może stać się częścią znacznie cichszego problemu — problemu, który przechodzi przez osady, organizmy denne, ryby i cały morski łańcuch pokarmowy.
Bałtyk nie krzyczy. Bałtyk ostrzega po cichu
Najbardziej niepokojące w tym temacie jest to, że nie pasuje on do prostych medialnych obrazów. Gdyby na plażę wypłynęła wielka plama ropy, problem byłby oczywisty. Gdyby z morza wystawały setki beczek, każdy domagałby się działania. Ale tu większość zagrożeń pozostaje pod wodą, w osadach, na mapach naukowców, w raportach i w miejscach, których przeciętny turysta nigdy nie zobaczy.
To sprawia, że łatwo temat odłożyć. Łatwo powiedzieć: skoro od tylu lat nic wielkiego się nie stało, to pewnie nic się nie stanie. Tylko że korozja nie zatrzymuje się dlatego, że człowiek przestaje o niej mówić. Metalowe obudowy nadal słabną. Osady nadal mogą gromadzić zanieczyszczenia. Wraki nadal się rozpadają. A infrastruktura morska rozwija się coraz szybciej: powstają farmy wiatrowe, układane są kable, prowadzone są prace hydrotechniczne. Im intensywniej człowiek korzysta z morza, tym większa potrzeba dokładnej wiedzy o tym, co leży na dnie.
Bałtyk jest dziś przestrzenią wypoczynku, gospodarki, transportu, energetyki i przyrody. Nie da się odpowiedzialnie zarządzać takim morzem, udając, że jego dno jest puste.
Źródła
- HELCOM, „Report on chemical munitions dumped in the Baltic Sea”, Helsinki Commission.
- HELCOM, „Sea-dumped chemical munitions”.
- Najwyższa Izba Kontroli, „Tykające bomby na dnie Bałtyku”.
- Najwyższa Izba Kontroli, „Śmierć drzemiąca na dnie Bałtyku”.
- J. Bełdowski i zespół, „CHEMSEA Findings. Results from the CHEMSEA project”, 2014.
- CHEMSEA, „Chemical Munitions Search and Assessment”.
- DAIMON, „Decision Aid for Marine Munitions”.







