Zapach, duszności, paraliż – Gdy mieszkańców Mattoon ogarnęła panika
W nocy wystarczyło uchylić okno. Do sypialni wdzierał się zapach, trudny do nazwania, obcy. Chwilę później przychodziły duszności, zawroty głowy, a czasem paraliż, który unieruchamiał ciało w łóżku. Policja przyjeżdżała, lekarz badał pacjenta, ale nikt nie potrafił wskazać przyczyny. Tak zaczęła się historia, która w 1944 roku sparaliżowała niewielkie amerykańskie miasteczko Mattoon.
Relacje z nocy
Pierwsze zgłoszenie, które trafiło do lokalnej prasy, pochodziło z nocy z 31 sierpnia na 1 września 1944 roku. Jak relacjonowała Mattoon Journal-Gazette, pani Kearney obudziła się nagle z uczuciem silnych duszności. Miała trudności z oddychaniem i nie była w stanie poruszyć nogami. W sypialni wyczuwała zapach, który opisywano jako słodkawy i drażniący. Jej mąż wezwał policję.
Funkcjonariusze, którzy przybyli na miejsce, nie znaleźli śladów włamania ani żadnych podejrzanych przedmiotów. Lekarz zbadał kobietę jeszcze tej samej nocy i potwierdził wystąpienie realnych objawów fizycznych, nie stwierdzając jednak oznak zatrucia ani choroby neurologicznej. Stan pacjentki poprawił się po kilku godzinach.
Kilka dni później ta sama gazeta opisała kolejny, bardzo podobny przypadek. Pani Rubin zgłosiła nagłe zawroty głowy i trudności w oddychaniu, które pojawiły się w nocy, po tym jak do jej sypialni miał dostać się nieokreślony zapach. Objawy ustąpiły po przewietrzeniu pomieszczenia. Policja ponownie nie znalazła żadnych śladów, a lekarz nie był w stanie wskazać fizycznej przyczyny dolegliwości.
Depesze Associated Press z początku września 1944 roku wspominały również o przypadku młodej dziewczyny, u której wystąpił krótkotrwały paraliż kończyn i niemożność wezwania pomocy. Lekarze podkreślali, że objawy ustąpiły samoistnie i nie pozostawiły trwałych następstw. Podobnie jak w poprzednich zgłoszeniach, nie znaleziono żadnych dowodów na działanie substancji chemicznych.
Choć relacje różniły się szczegółami, schemat był zaskakująco podobny. Zdarzenia miały miejsce nocą, często przy otwartych oknach. Pojawiał się zapach, po nim nagłe objawy fizyczne, a następnie samoistne ustąpienie dolegliwości. Za każdym razem policja i lekarze nie znajdowali materialnych śladów.
Miasto zaczyna łączyć fakty
Początkowo doniesienia traktowano jako odosobnione incydenty. Z czasem jednak lokalna prasa zaczęła zestawiać kolejne zgłoszenia, a ton artykułów uległ zmianie. Pojawiło się pytanie, czy w Mattoon nie dochodzi do serii nocnych ataków. Mieszkańcy zaczęli mówić o kimś, kto rzekomo podchodzi pod okna i wpuszcza do domów trującą substancję. Krążyły opisy sylwetki widzianej w ciemności, domniemanego urządzenia rozpylającego gaz, a nawet sugestie sabotażu wojennego.
Rok 1944 był czasem szczególnego napięcia. Stany Zjednoczone znajdowały się w środku II wojny światowej, a informacje o atakach chemicznych i dywersji w Europie były stale obecne w prasie. W takim klimacie strach łatwo znajdował podatny grunt. W Mattoon zaczęto zamykać okna, czuwano nocami, a uzbrojeni ochotnicy patrolowali ulice. Każdy nietypowy zapach, każde złe samopoczucie zyskiwało nowe znaczenie.
Reakcja władz i cisza
Policja traktowała zgłoszenia poważnie. Wzmożono patrole, sprawdzano domy i okolice, analizowano doniesienia. Nie znaleziono jednak żadnego sprawcy, żadnego narzędzia ani substancji, które mogłyby tłumaczyć objawy. Lekarze konsekwentnie podkreślali, że pacjenci rzeczywiście odczuwali duszności, osłabienie i paraliż, ale badania nie potwierdzały zatrucia.
Po kilku tygodniach zgłoszenia zaczęły stopniowo zanikać. Nie było kulminacji ani rozwiązania. Zjawisko wygasło samo, tak jak się pojawiło. Mattoon wróciło do codziennego rytmu, a sprawa pozostała nierozwiązana.
Co wiemy dziś
Współczesne analizy historyków i psychologów wskazują, że wydarzenia w Mattoon były najprawdopodobniej przykładem masowej choroby psychogennej, znanej również jako panika zbiorowa. W takich przypadkach realny stres i lęk, wzmocnione przez sugestię i medialne doniesienia, mogą wywołać u wielu osób jednocześnie rzeczywiste objawy fizyczne. Duszności, paraliż, zawroty głowy i uczucie ucisku w klatce piersiowej nie muszą mieć chemicznej przyczyny, by być autentycznie odczuwane.
To wyjaśnienie nie podważa doświadczeń mieszkańców Mattoon. Ich objawy były prawdziwe, podobnie jak strach, który ogarnął miasto. To, czego prawdopodobnie nie było, to tajemniczy sprawca i trujący gaz. Najgroźniejszym czynnikiem okazał się strach, który rozprzestrzeniał się szybciej niż jakakolwiek substancja.
Dlaczego ta historia wciąż niepokoi
Sprawa Mattoon nie przeraża dlatego, że ktoś atakował nocą domy. Niepokoi, ponieważ pokazuje, jak cienka jest granica między realnym zagrożeniem a zagrożeniem odczuwanym zbiorowo. Pokazuje, że ciało może reagować na strach tak, jakby było zatrute, i że całe społeczności mogą „zachorować” jednocześnie, bez fizycznej przyczyny.
To właśnie dlatego historia z 1944 roku wciąż wraca w opracowaniach naukowych i reportażach. Nie jako opowieść o tajemniczym napastniku, lecz jako ostrzeżenie przed siłą zbiorowej wyobraźni w czasach napięcia i niepewności.
Bibliografia
- Mattoon Journal-Gazette, wydania z 1–6 września 1944 roku.
- Associated Press, depesze z września 1944 roku dotyczące wydarzeń w Mattoon, Illinois.
- Robert E. Bartholomew, Little Green Men, Meowing Nuns and Head-Hunting Panics, McFarland & Company, 2001.
- Robert E. Bartholomew, Simon Wessely, “Protean nature of mass sociogenic illness”, The British Journal of Psychiatry, 2002.
- Elaine Showalter, Hystories: Hysterical Epidemics and Modern Media, Columbia University Press, 1997.