Do niedawna w Polsce plucie na podłogę było normą. W lokalach stały specjalne spluwaczki
Dziś człowiek spluwający na podłogę restauracji, poczekalni czy klatki schodowej wywołałby co najmniej konsternację. Jeszcze około stu lat temu podobne zachowanie było jednak w Polsce na tyle powszechne, że samo zakazywanie go nie wystarczało. W budynkach publicznych, kamienicach, zakładach pracy i innych uczęszczanych miejscach ustawiano specjalne naczynia przeznaczone na ślinę i plwocinę – spluwaczki. Korzystało z nich wiele osób, a pod koniec dnia ktoś musiał zebrać naczynia zawierające ślinę, odkrztuszoną wydzielinę i inne zanieczyszczenia, opróżnić je, umyć, zdezynfekować i ponownie rozstawić. W powojennej Polsce sposób wykonywania tej czynności określały nawet przepisy sanitarne.
Plucie w miejscach publicznych nie było w Polsce czymś niezwykłym
Trudno dokładnie odtworzyć zachowanie przeciętnego mieszkańca polskiego miasta sprzed stu czy stu dwudziestu lat, ale zachowane przepisy, plakaty sanitarne i relacje władz pokazują, że publiczne spluwanie stanowiło realny i powszechny problem. Ludzie pluli na chodniki, podwórza, klatki schodowe, podłogi pomieszczeń publicznych, a nawet wewnątrz środków transportu.
Dobrym przykładem jest Łódź. Według materiałów historycznych miasta mieszkańcy pluli na ulicach, w parkach, budynkach użyteczności publicznej oraz na klatkach schodowych kamienic. Problem nie ograniczał się więc do miejsc na zewnątrz. Dotyczył przestrzeni, którymi codziennie przechodziły setki lub tysiące ludzi.
W czerwcu 1919 roku naczelnik Policji Państwowej wydał w Łodzi zarządzenie, zgodnie z którym na ulicach i podwórzach można było pluć wyłącznie do rynsztoków, natomiast wewnątrz budynków – tylko do spluwaczek. Sam sposób sformułowania przepisu wiele mówi o ówczesnych realiach. Celem nie było jeszcze całkowite wyeliminowanie spluwania, lecz skierowanie go w miejsca uznawane za mniej niebezpieczne pod względem sanitarnym.
Wszystko zmieniła przede wszystkim gruźlica
Publiczne spluwanie przestało być traktowane wyłącznie jako nieestetyczny zwyczaj, gdy coraz lepiej rozumiano mechanizmy rozprzestrzeniania chorób zakaźnych. Szczególne znaczenie miała gruźlica, która na początku XX wieku należała w Polsce do najpoważniejszych problemów zdrowotnych.
Sytuacja w przemysłowej Łodzi była dramatyczna. Według danych przywoływanych przez miejskie opracowania historyczne w 1918 roku gruźlica odpowiadała za około 30 proc. wszystkich zgonów w mieście. W takich warunkach plwocina człowieka kaszlącego na podłogę przestawała być jedynie problemem estetycznym. Zaczęto postrzegać ją jako możliwe źródło zakażenia.
Władze sanitarne prowadziły więc kampanie przeciwko pluciu, rozwieszano odpowiednie ostrzeżenia, a w miejscach publicznych pojawiały się spluwaczki. Ich obecność była kompromisem pomiędzy utrwalonym obyczajem a nowymi wymaganiami higienicznymi.
Spluwaczki stały w sklepach, szkołach, hotelach i tramwajach
W 1924 roku łódzkie przepisy dotyczące zakazu plucia objęły bardzo szeroki zakres miejsc. Wymieniano między innymi sklepy, biura, zakłady pracy, szkoły, hotele, cukiernie, restauracje, pensjonaty, łaźnie, zakłady fryzjerskie, teatry, kina, sale odczytowe i poczekalnie. Zakaz obowiązywał również w wagonach tramwajowych, na korytarzach i klatkach schodowych.
Właścicieli kamienic zobowiązywano do wyposażania budynków w spluwaczki i umieszczania informacji przypominających, aby nie pluć na podłogę. W Łodzi funkcjonowały spluwaczki uliczne, ogrodowe, korytarzowe, pokojowe, a nawet niewielkie spluwaczki osobiste.
Zachowały się fotografie z okresu II Rzeczypospolitej przedstawiające spluwaczki stojące między innymi w poczekalniach dworcowych. Dziś taki element wyposażenia wygląda niemal groteskowo. Wtedy miał bardzo praktyczne zastosowanie: skoro część ludzi i tak odkrztuszała plwocinę, próbowano przynajmniej powstrzymać ich przed pozostawianiem jej na podłodze.
Nie wystarczyło postawić jakiegokolwiek naczynia
Z czasem zaczęto dostrzegać, że źle skonstruowana spluwaczka może sama stać się problemem sanitarnym.
24 listopada 1927 roku w łódzkim Wydziale Zdrowotności Publicznej odbyła się specjalna konferencja poświęcona ustaleniu właściwego typu spluwaczek przeznaczonych do klatek schodowych. Dyskusja dotyczyła więc dosłownie tego, do jakiego naczynia powinni pluć mieszkańcy kamienic.
Za niedopuszczalne pod względem epidemiologicznym uznano popularne wcześniej spluwaczki wypełnione piaskiem. Zalecano zamiast nich kamionkowe naczynia z szerokim otworem, wypełnione wodą z dodatkiem środka odkażającego. Na spluwaczce miał znajdować się napis informujący o jej przeznaczeniu oraz adres domu.
Nawet stworzenie odpowiedniej infrastruktury nie rozwiązywało jednak problemu. Właściciele nieruchomości skarżyli się władzom, że część mieszkańców zamiast trafiać do naczynia pluje obok spluwaczki na podłogę. To właściciel budynku mógł później ponosić konsekwencje zaniedbań sanitarnych. Zdarzały się ponadto kradzieże samych spluwaczek.
Co właściwie znajdowało się pod koniec dnia w spluwaczce?
Spluwaczka nie była koszem na śmieci ani popielniczką. Jej podstawowym przeznaczeniem było zbieranie śliny oraz plwociny odkrztuszanej z dróg oddechowych. Jeżeli korzystało z niej wiele osób, jej zawartość zwiększała się przez cały dzień.
Na dnie mogła znajdować się woda z dodatkiem środka dezynfekującego. Do tego przez kolejne godziny trafiała ślina i odkrztuszana wydzielina użytkowników. Przy kaszlu mogła być to gęsta wydzielina śluzowa. W czasach, gdy gruźlica była szeroko rozpowszechniona, nie można było również zakładać, że każdy korzystający z publicznej spluwaczki jest zdrowy.
Z dzisiejszej perspektywy najbardziej uderzająca jest jednak rzecz zupełnie prozaiczna: ktoś musiał regularnie opróżniać takie naczynie.
Ktoś musiał je zebrać, opróżnić i umyć
Wyobraźmy sobie klatkę schodową dużej kamienicy. Na korytarzu stoi kamionkowa spluwaczka. Przez cały dzień korzystają z niej mieszkańcy i odwiedzający. Wieczorem lub następnego dnia naczynie zawiera płyn zmieszany ze śliną i wydzieliną odkrztuszoną przez wiele osób.
Teraz pojawia się pracownik odpowiedzialny za utrzymanie czystości. Spluwaczka musi zostać zabrana, jej zawartość usunięta, a naczynie przygotowane do dalszego używania.
Nie jest to jedynie próba odtworzenia sytuacji na podstawie domysłów. W powojennej Polsce zachowały się precyzyjne instrukcje określające sposób obsługi takich naczyń.
W załączniku do uchwały Prezydium Rady Narodowej miasta Łodzi z 29 czerwca 1954 roku nakazywano, aby spluwaczki były codziennie opróżniane. Następnie należało je umyć i ponownie napełnić roztworem wapna chlorowanego do jednej czwartej pojemności. Zakazywano przy tym stosowania piasku, trocin i innych materiałów stałych.
Procedura wyglądała więc w praktyce następująco: zebrać używane naczynie, pozbyć się zgromadzonej zawartości, umyć jego wnętrze, przygotować świeży roztwór dezynfekujący, wlać go do spluwaczki i ponownie ustawić ją do dyspozycji mieszkańców.
I powtarzać to następnego dnia.
Z punktu widzenia współczesnych standardów pracy szczególnie nieprzyjemny jest właśnie pierwszy etap. Osoba sprzątająca musiała zajmować się naczyniem wielokrotnego użytku, do którego wcześniej przez wiele godzin pluły inne osoby. Nie istniały jednorazowe wkłady znane ze współczesnych pojemników sanitarnych, a sama spluwaczka miała wrócić na swoje miejsce i ponownie służyć mieszkańcom.
Dlaczego do środka wlewano wapno chlorowane?
Wapno chlorowane było środkiem dezynfekującym stosowanym znacznie szerzej niż tylko przy spluwaczkach. Jego obecność w naczyniu miała ograniczać zagrożenie związane z materiałem biologicznym, który do niego trafiał.
Istotne jest przy tym, że jeszcze w latach 20. XX wieku w Łodzi dyskutowano nad właściwym wypełnieniem spluwaczki. Naczynia z piaskiem uznano za niewłaściwe pod względem epidemiologicznym. Preferowano płyn, do którego można było dodać substancję odkażającą. Kilkadziesiąt lat później miejska instrukcja z 1954 roku określała już konkretnie stosowanie roztworu wapna chlorowanego.
Plwocina osoby chorej na gruźlicę była jeszcze większym problemem
Publiczna spluwaczka i naczynie używane przez człowieka chorego na gruźlicę nie były tym samym. W drugim przypadku sposób postępowania z plwociną musiał być znacznie bardziej rygorystyczny.
W poradnikach i kampaniach sanitarnych dotyczących gruźlicy zwracano uwagę, aby chory nie odkrztuszał wydzieliny na podłogę, chodnik ani do przypadkowego naczynia. Używano spluwaczek domowych i osobistych, które pozwalały ograniczyć rozprzestrzenianie się plwociny w otoczeniu.
To właśnie walka z gruźlicą sprawiła, że zwyczaj publicznego spluwania zaczął być postrzegany nie tylko jako przejaw braku kultury, ale przede wszystkim jako problem zdrowia publicznego.
Spluwaczkę można było nawet nosić przy sobie
Istniały również niewielkie spluwaczki osobiste. Zachowane egzemplarze znajdują się dziś w polskich muzeach. Człowiek cierpiący na chorobę powodującą częste odkrztuszanie mógł nosić takie naczynie ze sobą, zamiast pozostawiać wydzielinę na ulicy czy podłodze.
Współczesnemu czytelnikowi może się to kojarzyć z bardzo nietypowym przedmiotem higienicznym. W epoce masowej zachorowalności na gruźlicę jego zastosowanie było jednak całkowicie racjonalne: chodziło o to, aby potencjalnie zakaźna wydzielina nie trafiała bezpośrednio do otoczenia.
„Nie pluć na podłogę” trzeba było ludziom przypominać
Dzisiaj tabliczka z napisem „Nie pluć na podłogę” umieszczona w restauracji albo kinie wyglądałaby niemal jak żart. Sto lat temu podobne komunikaty miały realne zastosowanie.
Łódzkie przepisy nakazywały właścicielom budynków nie tylko zapewnienie spluwaczek, lecz również wywieszanie informacji o zakazie plucia na podłogę. Sam zakaz musiał być więc komunikowany mieszkańcom i użytkownikom budynku podobnie jak obecnie zakaz palenia.
Co więcej, nowe przepisy nie zawsze spotykały się z powagą. Po wprowadzeniu miejskich ograniczeń lokalna prasa potrafiła komentować je ironicznie. Pokazuje to, że zmiana zachowania społecznego nie nastąpiła natychmiast wraz z pojawieniem się wiedzy o bakteriach i chorobach zakaźnych.
Spluwaczki nie zniknęły wraz z II wojną światową
Łatwo założyć, że spluwaczka to przedmiot należący do świata XIX wieku albo początków XX stulecia. Tymczasem przytoczone przepisy z Łodzi pochodzą z 1954 roku.
Oznacza to, że kilkanaście lat po zakończeniu II wojny światowej w dużym polskim mieście nadal istniała potrzeba regulowania sposobu obsługi naczyń przeznaczonych do plucia. Przepisy wskazywały, jak często należy je opróżniać, czym napełniać i czego nie wolno do nich wsypywać.
Spluwaczka nie była więc wyłącznie dziwactwem czasów naszych prapradziadków. W pierwszej dekadzie powojennej Polski nadal stanowiła element rzeczywistości sanitarnej.
Jak spluwaczka zniknęła z polskiego krajobrazu?
Nie nastąpiło to wskutek jednego przepisu. Zmieniała się medycyna, poprawiały się warunki sanitarne, prowadzono coraz skuteczniejszą walkę z gruźlicą, a publiczne spluwanie stopniowo zaczęło być społecznie piętnowane.
Najważniejsza była jednak zmiana samej normy zachowania. Początkowo rozwiązanie problemu brzmiało mniej więcej: „jeżeli musisz splunąć, zrób to do przeznaczonego do tego naczynia”. Z czasem społeczne oczekiwanie zmieniło się na znacznie prostsze: „nie pluj w miejscach publicznych”.
Kiedy zniknęło zapotrzebowanie, zniknęła również infrastruktura. Spluwaczki usuwano z klatek schodowych, poczekalni i innych budynków, aż w końcu dla kolejnych pokoleń Polaków stały się przedmiotem znanym przede wszystkim z muzeów, starych fotografii i opowieści.
Najbardziej zaskakujące nie jest samo plucie
Można dziś śmiać się z faktu, że sto lat temu trzeba było Polakom przypominać, aby nie pluli na podłogę. Znacznie ciekawsze jest jednak to, jak rozbudowany system powstał wokół tego zwyczaju.
W polskich miastach pojawiały się spluwaczki uliczne, ogrodowe, pokojowe, korytarzowe i osobiste. Władze określały, gdzie powinny stać, z czego należy je wykonywać i czym napełniać. Organizowano nawet konferencje poświęcone właściwemu typowi naczynia.
A za każdym takim przedmiotem kryła się praca, o której dziś łatwo zapomnieć. Ktoś musiał codziennie wziąć do ręki naczynie zawierające ślinę i plwocinę wielu innych osób, opróżnić je, umyć, zdezynfekować, nalać świeżego roztworu i ponownie postawić na korytarzu.
Jeszcze w 1954 roku w Łodzi zapisano wprost, że spluwaczki należy codziennie opróżniać, myć i napełniać roztworem wapna chlorowanego do jednej czwartej objętości.
To właśnie ten szczegół najlepiej pokazuje, jak bardzo w ciągu zaledwie kilku pokoleń zmieniły się codzienne standardy higieny. Przedmiot, którego obsługa była kiedyś zwyczajnym obowiązkiem porządkowym, dzisiaj w restauracji, hotelu, szkole czy na klatce schodowej byłby niemal nie do pomyślenia.
Bibliografia
- Miłosz Wika, „Zakaz plucia w Łodzi. Tak dawniej przeciwdziałano epidemii gruźlicy”, ŁÓDŹ.PL, 10 lutego 2024 r.
- „Uprasza się nie pluć!”, ŁÓDŹ.pl Magazyn, nr 17/2024 – materiały historyczne dotyczące łódzkich przepisów sanitarnych z lat 1919, 1924, 1927 i 1954.
- Materiały i fotografie historyczne Biblioteki Narodowej, Muzeum Warszawy i Narodowego Archiwum Cyfrowego dotyczące kampanii przeciw gruźlicy oraz spluwaczek używanych w II Rzeczypospolitej.










