Ten wynalazek mógł zmienić świat – generator, którego nikt nie rozumiał
Wyobraź sobie urządzenie, które po ustawieniu anteny i „zestrojeniu” obwodu zaczyna zasilać żarówki i silniki elektryczne, jakby prąd był wszędzie dookoła – w powietrzu, w ziemi, w samym tle świata. Bez paliwa. Bez kabla. Bez generatora spalinowego za ścianą. Właśnie w takiej formie do historii przeniknął generator „energii promienistej” (radiant energy) Thomasa Henry’ego Moraya – wynalazek, który przez dekady fascynował świadków pokazów, ale nigdy nie przeszedł drogi, jaką zazwyczaj przechodzi nowa technologia: od demonstracji do powtarzalnego, niezależnie weryfikowalnego produktu.
Zanim jednak uznamy tę historię za opowieść o cudzie lub o oszustwie, warto zrobić rzecz najważniejszą: oddzielić to, co da się dziś udokumentować, od tego, co jest relacją, interpretacją i legendą narastającą wokół człowieka, który do końca życia wierzył, że „podłączył maszynę do samej natury”.
Człowiek z epoki radia
Thomas Henry Moray urodził się w 1892 roku i zmarł w 1974 – całe jego dorosłe życie przypadło na czas, gdy radio przestawało być ciekawostką, a stawało się technologią masową.
W źródłach biograficznych i popularnych opracowaniach przewija się obraz wynalazcy–praktyka, który obracał się wokół elektroniki i zjawisk wysokiej częstotliwości, a przy tym miał typowy dla epoki temperament odkrywcy: przekonanie, że skoro fale radiowe potrafią „iść przez powietrze”, to być może da się z tego powietrza wydobyć więcej niż sam sygnał.
Moray zasłynął przede wszystkim nie tym, co opublikował, lecz tym, co – według licznych relacji – pokazywał. W latach 20. i 30. miał prezentować urządzenie zdolne do zasilania urządzeń elektrycznych, a w najbardziej spektakularnej wersji opowieści mówi się nawet o dziesiątkach kilowatów mocy. Te deklaracje są szeroko powtarzane w literaturze popularnej i w prasie – z ważnym zastrzeżeniem: w materiałach, które dziś krążą najczęściej, brakuje ścisłej, niezależnej dokumentacji pomiarowej w standardzie naukowym.
Czym miała być „energia promienista”
Samo pojęcie radiant energy w ustach Moraya i jego zwolenników bywa niejednoznaczne. Nie chodzi o „promieniowanie” w precyzyjnym, podręcznikowym sensie, tylko o intuicję: że w otoczeniu istnieje wszechobecna energia, którą da się zebrać i zamienić na prąd użytkowy. Moray nie opisywał tego językiem współczesnej fizyki pozyskiwania energii z fal radiowych (RF energy harvesting), bo ta dziedzina jeszcze wtedy nie istniała w obecnym kształcie. Opisy, które przetrwały, mieszają wątki radiotechniczne, rezonansowe i „kosmiczne”, czasem zahaczając o słownictwo znane z popularnych wyobrażeń o Tesli.
W relacjach o słynnym urządzeniu powtarza się motyw anteny i „strojenia”. To ważne, bo czyni historię bardziej realistyczną na poziomie intuicji technicznej: antena i obwód rezonansowy mogą zbierać energię fal elektromagnetycznych, a prostowanie i magazynowanie sygnału to podstawy elektroniki. Różnica jest jednak fundamentalna: ilości energii dostępne w tle radiowym są zwykle niewielkie, podczas gdy opowieść o Morayu mówi o mocach porównywalnych z małą elektrownią.
Pokazy, świadectwa, atmosfera epoki
Generator Moraya nie był koncepcją na papierze – istniał fizycznie, był wielokrotnie demonstrowany i opisywany przez świadków, nawet jeśli nigdy nie doczekał się niezależnej, powtarzalnej weryfikacji.
Najsilniejszym filarem legendy Moraya są świadectwa: opisy demonstracji, listy, oświadczenia, późniejsze wspomnienia. Do dziś funkcjonuje w obiegu książka „The Sea of Energy in Which the Earth Floats” – publikacja wyraźnie życzliwa Morayowi i jego idei, zawierająca rozdziały biograficzne oraz przytaczająca liczne relacje i dokumenty, w tym różnego rodzaju oświadczenia świadków.
Jednocześnie warto podkreślić coś, co często umyka w internetowych streszczeniach: ta literatura ma charakter przede wszystkim narracyjno–dokumentacyjny, nie naukowy. To zapis przekonań, wspomnień, interpretacji i fragmentów korespondencji, a nie zestaw powtarzalnych eksperymentów opisanych tak, by niezależny zespół mógł je odtworzyć krok po kroku i uzyskać ten sam wynik. Właśnie dlatego historia Moraya tak łatwo dzieli ludzi na dwa obozy. Dla jednych „skoro tylu widziało”, to musiało działać. Dla drugich „skoro nie da się powtórzyć”, to całość jest tylko złudzeniem – albo sztuczką, albo niezamierzoną pomyłką pomiarową, albo nieujawnionym źródłem zasilania. W rzetelnej opowieści trzeba zostawić miejsce na oba odruchy, ale nie wolno udawać, że mają tę samą wagę dowodową.
„Morze energii” – jak Moray rozumiał źródło swojego wynalazku
W zachowanych zapiskach i relacjach Thomas Henry Moray wielokrotnie podkreślał, że jego generator nie miał „wytwarzać energii z niczego”. Wręcz przeciwnie – według niego urządzenie jedynie wykorzystywało energię, która już istnieje w otoczeniu, stale obecna w przestrzeni wokół Ziemi. To właśnie to przekonanie stało się fundamentem koncepcji, którą Moray nazywał „sea of energy” – morzem energii, w którym, jak twierdził, „zanurzona jest cała planeta”.
Moray uważał, że Ziemia nieustannie bombardowana jest strumieniami promieniowania i energii pochodzącej zarówno z kosmosu, jak i z procesów zachodzących w samej przestrzeni. W jego interpretacji nie była to energia w klasycznym, podręcznikowym sensie, lecz coś bardziej pierwotnego i wszechobecnego – tło, które współczesna mu nauka potrafiła rejestrować jedynie pośrednio, na przykład w postaci fal radiowych. Generator energii promienistej miał działać jak układ strojący się do tego „oceanu”, podobnie jak radio dostraja się do konkretnej częstotliwości.
Na stronie poświęconej koncepcji „The Sea of Energy”, opartej na notatkach Moraya i późniejszych opracowaniach jego zwolenników, podkreśla się, że wynalazca widział swoje urządzenie raczej jako detektor i konwerter niż klasyczny generator. Antena, obwody rezonansowe i tajemniczy detektor miały wspólnie umożliwiać „wyłuskanie” użytecznej energii z tego, co – jego zdaniem – przenikało całe środowisko naturalne. Relacje z demonstracji sugerują, że zmiana położenia anteny lub sposobu uziemienia wpływała na działanie urządzenia, co Moray interpretował jako potwierdzenie istnienia zewnętrznego źródła energii.
Trzeba jednak jasno zaznaczyć granicę między koncepcją a dowodem. Idea „morza energii” pozostaje światopoglądowym i intuicyjnym opisem, nie teorią zweryfikowaną metodami naukowymi. Współczesna fizyka zna zjawiska takie jak energia próżni (energia punktu zerowego), promieniowanie tła czy zbieranie energii fal radiowych, lecz żadne z nich nie potwierdza możliwości pozyskiwania w ten sposób mocy rzędu kilowatów w sposób stabilny i powtarzalny. W przypadku Moraya mamy więc do czynienia z próbą nazwania i zrozumienia czegoś, co – jeśli nawet istniało w formie obserwowanego efektu – nigdy nie zostało opisane językiem umożliwiającym niezależną weryfikację.
Właśnie dlatego koncepcja „sea of energy” pozostaje jednym z najbardziej intrygujących, ale i najbardziej problematycznych elementów całej historii. Pokazuje, jak Moray postrzegał swój wynalazek i dlaczego do końca życia był przekonany, że nie odkrył złudzenia, lecz sposób dostępu do niewykorzystanego aspektu natury – nawet jeśli nie potrafił go przekazać światu w formie, jakiej wymaga nauka i technika.
Warto zauważyć, że podobne próby opisu wszechobecnej energii pojawiały się w tym samym czasie także poza pracami Moraya.
Pokrewne idee epoki: Wilhelm Reich i koncepcja orgonu
W tym samym okresie, poza głównym nurtem nauki, pojawiały się również inne próby opisu wszechobecnej energii, takie jak koncepcja orgonu Wilhelma Reicha i jego eksperymentalna komora, która – niezależnie od oceny naukowej – stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych epizodów w historii XX-wiecznych poszukiwań alternatywnych teorii energii i życia. Więcej na ten temat: Komora Wilhelma Reicha i sądowy nakaz niszczenia książek – zakazany wynalazek XX wieku
Dlaczego nie doszło do przełomu
W tym miejscu kończą się relacje z pokazów, a zaczyna obszar domysłów – bez dokumentacji technicznej i powtarzalnych testów każda próba rekonstrukcji pozostaje spekulacją.
Wynalazek staje się technologią dopiero wtedy, gdy działa poza pracownią wynalazcy. W przypadku Moraya ten warunek nigdy nie został spełniony – i to jest fakt najbardziej „twardy”, niezależny od sympatii czy sceptycyzmu.
Po pierwsze, nie ma powszechnie uznanej, niezależnej replikacji urządzenia. Po drugie, Moray nie zostawił pełnej, jednoznacznej dokumentacji konstrukcyjnej najważniejszego elementu – tego, co w opowieści bywa nazywane „zaworem” lub wyjątkowym detektorem. Wspomniana literatura sugeruje, że klucz tkwił w specyficznych elementach półprzewodnikowych i mieszankach materiałowych, ale to pozostaje w sferze relacji, a nie weryfikowalnego przepisu. Po trzecie, Moray nie uzyskał patentu na samo urządzenie energetyczne. Został natomiast przywoływany jako posiadacz patentu w zupełnie innej dziedzinie – elektroterapii. To istotna korekta, bo często w Internecie miesza się te dwa wątki. Patenty rzeczywiście istnieją, ale dotyczą aparatury terapeutycznej, a nie generatora prądu „z otoczenia”.
I wreszcie jest powód najbardziej ludzki: nawet jeśli jakiś efekt demonstracyjny istniał, to bez jasnej teorii działania i bez procedury odtwarzania urządzenia nie da się przejść drogi do produkcji, serwisu, bezpieczeństwa i normalnego użycia. Technologia, której nie można niezależnie uruchomić, jest zawsze o krok od zniknięcia.
Co mogło się tam dziać: trzy trzeźwe hipotezy
W najbardziej ostrożnym ujęciu są tylko trzy klasy hipotez, które da się rozważać bez uciekania w cud.
Pierwsza mówi, że urządzenie mogło w pewnych warunkach zbierać energię z istniejących pól i fal (radiowych, elektrostatycznych), ale skala była z czasem wyolbrzymiana, a opowieść o „dziesiątkach kilowatów” rosła wraz z legendą. Druga zakłada, że w demonstracjach istniało źródło energii, którego obserwatorzy nie rozpoznali: akumulatory, magazyn energii, ukryte połączenie, albo konfiguracja testu, która sprzyjała błędnym wnioskom. Trzecia – najtrudniejsza do obrony, ale też najbardziej kusząca dla wyobraźni – sugeruje, że Moray natknął się na nietypowy efekt fizyczny lub materiałowy, którego nie umiał opisać, a którego nikt potem nie zdołał powtórzyć.
Właśnie ta trzecia hipoteza sprawia, że Moray bywa do dziś przywoływany jako symbol „przełomu, który uciekł”. Nawet Mark Pilkington w „The Guardian” opisuje go jako postać z pogranicza nauki i marzenia o energii dostępnej wszędzie – jednocześnie pokazując, jak mocno cała opowieść opiera się na relacjach i na aurze epoki, nie na twardej weryfikacji.
Dlaczego historia Moraya wciąż działa na wyobraźnię
Bo dotyka nerwu naszej cywilizacji. Największe zmiany w historii nie wynikały z jednej idei, tylko z momentu, w którym idea stała się powtarzalnym narzędziem: pary, elektryczności, tranzystora, Internetu. Moray jest opowieścią o czymś odwrotnym – o wynalazku, który na poziomie mitu prawie dokonał rewolucji, a na poziomie techniki nigdy nie przekroczył progu niezależnej powtarzalności.
I być może właśnie dlatego generator energii promienistej Moraya jest tak wdzięcznym tematem: pozwala napisać tekst nie o tym, „czy działało”, tylko o tym, jak rodzi się wiara w przełom, jak powstaje legenda technologiczna i jak brutalny bywa warunek, bez którego nie ma postępu: możliwość sprawdzenia wynalazku przez innych.
Bibliografia
- Mark Pilkington, „A radiant sea of energy”, The Guardian, 26 czerwca 2003. The Guardian
- Thomas H. Moray, Electrotherapeutic Apparatus, U.S. Patent No. 2,460,707, 1 lutego 1949. Patent Images
- John E. Moray, The Sea of Energy in Which the Earth Floats. Towarzystwo Filozofii Naturalnej
- Church History Biographical Database, hasło: „Thomas Henry Moray (1892–1974)”. Kościół Jezusa Chrystusa Św. Dni Ostatnich
- „Thomas Henry Moray”, Wikipedia